sobota, 4 marca 2017

Rozdział VIII - Monotonia

- Aha, dobra, jak chcesz – odwróciłem się tyłem do niego i poszedłem w swoją stronę.
Nie chce, to nie, nie będę się prosić, nie jego. Nie, po prostu, zwyczajnie... nie. Zachowywał się tak, bo go odrzuciłem, tak? Pf, błagam, dziewczyny reagowały lepiej. Poza tym to nie było nic wielkiego, w końcu pomiędzy „kocham cię”, a „podobasz mi się” była wielka różnica. Dlaczego więc, gdy wszelkiego mu odmówiłem i, tak jak tego chciał, uargumentowałem swoją decyzję on zachowuje się, jak dziecko? Niby z jednej strony chciałem go bronić, ale druga mi na to nie pozwalała. Nie wyglądał na kogoś, kto przykłada większą wagę do pocałunku. Raczej widziałem go jako zwykłego amanta, który skakał z kwiatka na kwiatek niemal co wieczór, więc pocałunków miał w bród. Jeśli już to ja mogłem się tak zachowywać, dla mnie to miało sens, ale to dla mnie. Nie wiem co myślał, ale w mojej ocenie nasza znajomość zakończy się równie szybko, jak się zaczęła. To był głupi pomysł, że w ogóle powiedziałem mu o tym nagraniu... mogłem pójść prosto na wykład.

Po powrocie do domu mój nastrój nie uległ poprawie w choćby najmniejszym stopniu. Tym razem matka od wejścia postanowiła mnie przepytać odnośnie wykładów, ich tematów, przejrzeć moje notatki i na koniec jeszcze powiedzieć, że nie zapamiętałem nawet połowy, więc zmarnowałem swój czas. Nie mam siedmiu lat i nie chodzę do pierwszej klasy podstawówki, więc co to ma być?! Tak we mnie wierzysz, mamo? Dzięki, mamusiu. Na Ciebie to zawsze można liczyć! Ja się pytam: dlaczego ojciec był w domu tylko wcześnie rano i późno w nocy? Jak się z nim zobaczyłem raz w tygodniu to było to moje małe osiągnięcie. A naprawdę szkoda, bo z nim przynajmniej można było porozmawiać... tylko oczywiście nie o mamie, bo „żony nie można obgadywać”. W dodatku tego samego dnia wieczorem jakieś choróbsko ścisnęło mi gardło na tyle, że ciężko mi było wydobyć z siebie choćby jedno słowo. Oczywiście nie umknęło to uwadze mojej matce, która wpierw zrobiła mi godzinny wykład o tym, jak na siłę szukam sobie wymówek, by ostatecznie powiedzieć te magiczne słowa.
- Zostajesz jutro w domu.
O dziękuję, wielmożna Pani. Na pewno sam bym na to nie wpadł! Naprawdę chciałem jej coś odpowiedzieć, wymierzyć słowem cios między oczy, ale wolałem się dziś nie denerwować. Wystarczy mi lodu po wczorajszym wieczorze, już bez niego było mi zimno.
Kolejne poranki wcale nie były przyjemniejsze, bo jak się okazało nie zostałem w domu na jeden dzień, a aż na cały tydzień. W normalnych okolicznościach przejmowałbym się nauką, notatkami, obecnością, wykładami i minionymi testami, jednak tym razem mój mózg postanowił kompletnie odpuścić. Boląca głowa, ciągłe skoki temperatury i stres zafundowany na co dzień przez marudzącą matkę dodatkowo nie ułatwiały mi tych dni. Siedziałem niemal przez cały czas w pokoju, ewentualnie wlekłem swoje zwłoki po kawę, ciastko czy herbatę do kuchni. Trochę było mi szkoda, że nie zdążyłem uzupełnić swojej szafeczki z lekami po ostatniej chorobie, musiałem wziąć te z rąk mojej kochanej mamusi. Zresztą, te dni ogólnie były dziwne. Myślami ciągle chciałem wracać do minionych wydarzeń, do tej całej historii z imprezą, a także do tej w kawiarence miesiąc temu, a wszystko dookoła mnie skutecznie odwracało w takich chwilach moją uwagę. Tu przyszła pomarudzić mi matka, to nagle stała się miła i współczująca (tak, taką twarz także posiadała), co sprowadzało się do tego, że myślałem, co spowodowała taką nagłą zmianę. I wszystko tak się jakoś toczyło, każdy dzień znowu był nudny. Smakował herbatą, pachniał kotem... Pachniał, Arian ładnie pachniał. Matko, i od nowa...

1 komentarz:

  1. Biedna mrożonka, dlaczego jego zawsze musi coś łapać, spotykać? No nie wzbraniaj się tak, myślisz o nim. :3

    OdpowiedzUsuń