- Aha, dobra, jak chcesz –
odwróciłem się tyłem do niego i poszedłem w swoją stronę.
Nie chce, to nie, nie będę się
prosić, nie jego. Nie, po prostu, zwyczajnie... nie. Zachowywał się
tak, bo go odrzuciłem, tak? Pf, błagam, dziewczyny reagowały
lepiej. Poza tym to nie było nic wielkiego, w końcu pomiędzy
„kocham cię”, a „podobasz mi się” była wielka różnica.
Dlaczego więc, gdy wszelkiego mu odmówiłem i, tak jak tego chciał,
uargumentowałem swoją decyzję on zachowuje się, jak dziecko? Niby
z jednej strony chciałem go bronić, ale druga mi na to nie
pozwalała. Nie wyglądał na kogoś, kto przykłada większą wagę
do pocałunku. Raczej widziałem go jako zwykłego amanta, który
skakał z kwiatka na kwiatek niemal co wieczór, więc pocałunków
miał w bród. Jeśli już to ja mogłem się tak zachowywać, dla
mnie to miało sens, ale to dla mnie. Nie wiem co myślał, ale w
mojej ocenie nasza znajomość zakończy się równie szybko, jak się
zaczęła. To był głupi pomysł, że w ogóle powiedziałem mu o
tym nagraniu... mogłem pójść prosto na wykład.
Po powrocie do domu mój nastrój nie
uległ poprawie w choćby najmniejszym stopniu. Tym razem matka od
wejścia postanowiła mnie przepytać odnośnie wykładów, ich
tematów, przejrzeć moje notatki i na koniec jeszcze powiedzieć, że
nie zapamiętałem nawet połowy, więc zmarnowałem swój czas. Nie
mam siedmiu lat i nie chodzę do pierwszej klasy podstawówki, więc
co to ma być?! Tak we mnie wierzysz, mamo? Dzięki, mamusiu. Na
Ciebie to zawsze można liczyć! Ja się pytam: dlaczego ojciec był
w domu tylko wcześnie rano i późno w nocy? Jak się z nim
zobaczyłem raz w tygodniu to było to moje małe osiągnięcie. A
naprawdę szkoda, bo z nim przynajmniej można było porozmawiać...
tylko oczywiście nie o mamie, bo „żony nie można obgadywać”.
W dodatku tego samego dnia wieczorem jakieś choróbsko ścisnęło
mi gardło na tyle, że ciężko mi było wydobyć z siebie choćby
jedno słowo. Oczywiście nie umknęło to uwadze mojej matce, która
wpierw zrobiła mi godzinny wykład o tym, jak na siłę szukam sobie
wymówek, by ostatecznie powiedzieć te magiczne słowa.
- Zostajesz jutro w domu.O dziękuję, wielmożna Pani. Na pewno sam bym na to nie wpadł! Naprawdę chciałem jej coś odpowiedzieć, wymierzyć słowem cios między oczy, ale wolałem się dziś nie denerwować. Wystarczy mi lodu po wczorajszym wieczorze, już bez niego było mi zimno.
Kolejne poranki wcale nie były
przyjemniejsze, bo jak się okazało nie zostałem w domu na jeden
dzień, a aż na cały tydzień. W normalnych okolicznościach
przejmowałbym się nauką, notatkami, obecnością, wykładami i
minionymi testami, jednak tym razem mój mózg postanowił kompletnie
odpuścić. Boląca głowa, ciągłe skoki temperatury i stres
zafundowany na co dzień przez marudzącą matkę dodatkowo nie
ułatwiały mi tych dni. Siedziałem niemal przez cały czas w
pokoju, ewentualnie wlekłem swoje zwłoki po kawę, ciastko czy
herbatę do kuchni. Trochę było mi szkoda, że nie zdążyłem
uzupełnić swojej szafeczki z lekami po ostatniej chorobie, musiałem
wziąć te z rąk mojej kochanej mamusi. Zresztą, te dni ogólnie
były dziwne. Myślami ciągle chciałem wracać do minionych
wydarzeń, do tej całej historii z imprezą, a także do tej w
kawiarence miesiąc temu, a wszystko dookoła mnie skutecznie
odwracało w takich chwilach moją uwagę. Tu przyszła pomarudzić
mi matka, to nagle stała się miła i współczująca (tak, taką
twarz także posiadała), co sprowadzało się do tego, że myślałem,
co spowodowała taką nagłą zmianę. I wszystko tak się jakoś
toczyło, każdy dzień znowu był nudny. Smakował herbatą,
pachniał kotem... Pachniał, Arian ładnie pachniał. Matko, i od
nowa...
Biedna mrożonka, dlaczego jego zawsze musi coś łapać, spotykać? No nie wzbraniaj się tak, myślisz o nim. :3
OdpowiedzUsuń