- Nie marudź, będziesz mieć
dzięki temu czas na spokojnie się wyszykować – odparłem i
usiadłem sobie na skraju łóżka.
- Zawsze wstaje po dziewiątej...
- I jesteś rozespany, głodny,
nierozbudzony i spóźniony – szturchnąłem go, po czym zabrałem
z niego kołdrę. - Wstawaj, zrobiłem śniadanie.
I tak to się rozpoczął nasz
pierwszy, wspólny poranek. Naprawdę dzień w dzień wstawał o tak
później porze..? Ciężko było mi w to uwierzyć zwłaszcza
dlatego, że ja sam nie spałem już od prawie pół godziny. Mimo to
nie ubrałem się jeszcze w jakiekolwiek ubrania, w których mógłbym
pokazać się publicznie. Chwilowo miałem na sobie jasne, niemal
białe spodnie, przez które być może prześwitywały bokserki, ale
za to nie dam już sobie ręki obciąć. Do tego zarzuciłem jeszcze
na siebie czarny t-shirt, niezbyt przejmując się czy nie wyglądam
przypadkiem, jak jakiś nudny flegmatyk. Rany boskie, była ósma
rano, musiałem się obudzić. Zaraz więc wstałem z łóżka,
rzucając mu jeszcze przelotne spojrzenie.
- Chodź, zrobię ci też kawy –
odparłem i opuściłem pokój, kierując się do kuchni.
Nawet nie zaczęło się źle, a nawet
można pokusić się na stwierdzenie, że całkiem dobrze. Mój nowy
współlokator zdążył mnie nawet zaciekawić już od rana. W końcu
tak od razu, gdy wybudziłem go z jakiegoś głębokiego snu
wypowiedział moje imię... ciekawe, o czym śnił? A może ja za
dużo myślę i zaczynam nadinterpretować niektóre rzeczy? Tak,
pewnie tak. Mimo wszystko dopiero zaczynał puszczać mnie stres
związany z nagłą wyprowadzką, a do wczoraj wizja wspólnego
mieszkania z Arianem też nie wydawała mi się niczym przyjemnym.
Jednak teraz odnosiłem wrażenie, że zbyt pochopnie go oceniłem i
za szybko próbowałem się odciąć. Nie był jednak aż taką Amebą
i burakiem, za jakiego miałem go na samym początku... To całe
wyznanie też pewnie było jedynie chwilowym efektem jego ulotnego
zainteresowania... Więc byłem bezpieczny, a buc choć bucem
pozostanie, chyba nie będzie zajmować jakiejś większej części
mojego życia. Mieszkajmy na razie razem, szybko poszukam pracy, znajdę swoje mieszkanie i się wyniosę... a przynajmniej taki był
plan.
- Ile słodzisz? - zapytałem, gdy
ten z zaspana twarzą wreszcie zjawił się w kuchni.
- Jedną, może być wcale –
mruknął, a ja zobaczyłem kątem oka, że pierwsze po co sięga to
woda.
I właśnie wtedy rzucił mi się w
oczy pewien szczegół. Nie zwróciłem na to wcześniej uwagi, ale
jego włosy z tyłu głowy faktycznie robiły się coraz bardziej
czerwone. Wyglądało to zupełnie tak, jakby z ich końcówek
wydostawał się żywy ogień, który siedział gdzieś w środku, co
adekwatnie tyczyło się mnie i moich włosów oraz zdolności.
Jednak to nie było to, co przykuło mój wzrok na dłużej, bowiem
Pan Ameba miał odsłonięty kark, a ja... poczułem niewyobrażalną
chęć, by coś zrobić... Tylko nie wiedziałem, czy powinienem. To w
końcu nie było do końca takie nic, naruszanie nietykalności
osobistej jest karalne i tak dalej, ale... w tym przypadku nie mogłem
się powstrzymać i już po krótkiej chwili wahania przesunąłem
delikatnie opuszkami palców po jego nagiej skórze. Jednocześnie
rozwiązała się moja mała zagadka: faktycznie był bardzo ciepły
w dotyku i kiedy się nie denerwował było to bardzo przyjemne.
Uśmiechnąłem się więc do siebie i kontynuowałem mizianie
zwłaszcza, że usłyszałem ciekawy pomruk zadowolenia.
- Mruczysz trochę jak kot.
Z deka podejrzane skoro przez sen gada o tobie, nie? Kotek <3 Mrucząca Ameba. On rzeczywiście jest milutki jak ma spokój. :3
OdpowiedzUsuń