środa, 5 kwietnia 2017

Rozdział X - Film

- Podobno, jak byłem mały to dostałem kataru i zacząłem strzelać sopelkami lodu na prawo i lewo – odparłem z uśmiechem. - Wystraszyłem tym trochę nianie.
- Nianie? To rodzice się tobą nie zajmowali?
- Nie do końca, zaczęli później, jak skończyłem podstawówkę. Może przez to stracone dzieciństwo mama sobie tak na mnie wszystko odbija, nie wiem. Tak mi się wydaje – wzruszyłem ramionami, rzucając pogardliwe spojrzenie talerzom na stole. 
Trzeba się było za to wziąć, pozmywać, ogarnąć co nieco... jak to teraz tak zostawimy to wszystko pozasycha, a jutro już sobota i nie miałem zamiaru rozpoczynać dnia stojąc w kuchni przy garach, rąc wczorajsze resztki z talerzy. Swoja drogą bardzo ulżyło mi i jednocześnie ucieszył mnie fakt, że tak smakowało mu moje jedzenie. Czyli jednak mogę śmiało gotować dla innych bez obaw, że to tylko ja mam skrzywione kubki smakowe i wyłącznie mi smakuje. Na następny raz będę musiał zapamiętać, żeby dodać więcej pieprzu i... może kupie papryczki chili? Skoro tak bardzo lubi ostre potrawy to meksykańska kuchnia powinna być w porządku. No cóż, wypróbuję to innym razem.
- Masz jakieś plany na wieczór? - spytałem jeszcze, zabierając talerze ze stołu i wstawiając je do zlewu, by następnie zalać wodą. Ostatecznie to rozwiązanie będzie najlepsze.
- Mówiłem, zwykle oglądam jakiś film. A co?
- Dołączę się, możesz sam coś wybrać. Tylko najpierw muszę zajrzeć do notatek i się trochę...
- Zgłupiałeś do reszty, konusie? Piątek wieczór, a ten z książką zasiada. Weź to pierdol chociaż raz.
- Mam zaległości, muszę je szybko nadgonić i nie mogę sobie pozwalać na takie coś, jak odpuszczanie wieczoru – rzuciłem mu pewne siebie spojrzenie. On i tak nie zrozumie, nawet nie robi notatek, a grzeje wyłącznie swoje cztery litery przez wszystkie godziny na uczelni.
- Ech, rób jak chcesz. Ja się stąd nie ruszam.
- Super – wskazałem na zlew pełen naczyń. - To ty pozmywaj, będę u siebie.

Wieczorem wreszcie porzuciłem książki i zeszyty, odkładając je w miarę poręcznym miejscu, jakim była szafka przy łóżku. Zapewne gdyby ta chodząca zapalniczka tu weszła prychnęłaby śmieszek na widok moich priorytetów. W końcu telefon rzucony gdzieś na drugim końcu pokoju, a książki tuż obok głowy to rzadki widok, a szczególnie już dla niego. Zdecydowałem się wreszcie włączyć telefon, jednak nawet nie sprawdzając nieodebranych połączeń od razu go wyciszyłem. Matka pewnie tego wieczoru już nie zadzwoni, ale znając życie zrobi to jutro o poranku, a ja nie miałem ochoty denerwować siebie, jak i Ameby od samego rana.
Zostawiłem wszystko w pokoju i poszedłem wziąć prysznic. Dopiero tutaj, kiedy w łazience stały wyłącznie moje kosmetyki spostrzegłem się, jak wielka różnica była pomiędzy nami nawet w kwestii higieny. Mój krem, żel, perfumy, szampon i gąbka konta mydło i ręcznik Ariana. Zaśmiałem się pod nosem, był niemożliwy. A mimo to tak strasznie ładnie pachniał... Ale nie, nie tym razem, nawet wiszący w powietrzu zapach nie skusił mnie do ponownego powąchania jego ręcznika. Tamten raz mi w pełni wystarczy do końca życia. Do salonu wróciłem ubrany tak samo, jak o poranku, a moje włosy leżały w lekkim nie ładzie. Z twarzy zniknęła maseczka, a z mimiki mojego współlokatora mogłem wyczytać, że chyba jest zadowolony. Jakoś... nie wiem, cały czas zapominam o słowach, które do mnie wypowiedział. Dobrze się przy nim czułem, lubiłem z nim rozmawiać, ceniłem sobie jego szczerość i w tym wszystkim gdzieś mi to umykało. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Raczej to drugie, tylko nie bardzo wiem jak na to zaradzić.
- To co oglądamy? - rzuciłem, siadając obok na kanapie. Cwany uśmiech, jakim mnie obdarzył odrobinę zbił mnie z tropu.
- Horror, nie popłaczesz się ze strachu?
- Chyba żartujesz – prychnąłem, naciągając na siebie koc. Bądź co bądź mieliśmy coraz późniejszą jesień, już prawie zima i wieczorami było naprawdę chłodno.
- Sam mi kazałeś wybrać to masz.
- Dobra, dobra, nic nie mówię... davai – zaakcentowałem po rusku, uśmiechając się przelotnie.

No i włączył... i się zaczęło. Jak ja nie znosiłem horrorów... nie mogłem mu przecież tego powiedzieć, znowu by sobie ze mnie zadrwił. Ogólnie fabuła była naprawdę wciągająca, podobał mi się zamysł, te wszystkie straszki też nie były złe do momentu, aż naprawdę na ekranie nie pojawiło się nic przerażającego. Szczerze mówiąc to nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiłem sobie z mojego towarzysza poduszkę. Zawinięty w koc, oparty głową częściowo o jego udo, a częściowo o poduszkę czułem się na tyle komfortowo, że niezbyt przejmowałem się tym, co może teraz myśleć. Pewnie się śmiał, kiedy to co straszniejszy moment naciągałem koc na oczy, a potem bardzo wolno go zsuwałem, by się upewnić, czy na pewno już mogę patrzeć. Nie chciałem, żeby miał mnie za tchórza... Tak bardzo tego nie chciałem... A jednak nie potrafiłem tak po prostu, niewzruszenie oglądać filmu. Pewnie gdyby go tutaj nie było już w połowie bym to dziadostwo wyłączył i poszedł w cholerę, a potem pół nocy tworzył niestworzone historie na temat tego, co tam widziałem. Jednak on tutaj był i... po części niwelował mój strach. Byłem mu naprawdę wdzięczny za obecność, że mnie nie zrzucił, że nie powiedział tych prześmiesznych myśli, jakie pewnie miał na mój temat na głos. Tak po prostu, cieszyłem się, że tutaj jest. Ze mną.

1 komentarz:

  1. Sopelki. <3 Jak to śmiesznie brzmi w tym zdaniu. Julek jaka ty masz wiedzę o kuchni, przynajmniej zadbasz o tego wypłosza. ^^ Dobrze, trzeba trochę podregulować Amebe. Boje się jak będą wyglądać te naczynia. Jak słodko, Ari że ty go nadal nie bierzesz to dziwne. Cudeńko nie chłopak. <3

    OdpowiedzUsuń