Może moja matka święta
nie była, jednak to, jak odzywała się do niej Ameba uważałem za
sporą przesadę. W końcu to nie była jakaś tam przypadkowa osoba
z ulicy, która zaczęła n niego skakać, bo tak, tylko właśnie
moja matka... cholera, a może nie powinienem już jej tak bronić?
Zachowywała się źle, nawet mógłbym pokusić się o stwierdzenie,
że niegodnie, jak na kobietę w jej wieku, ale wciąż łączyły
mnie z nią więzy krwi i czułem się zobowiązany do obrony jej
imienia. Ale czy nie byłem już na to za stary..? Nie wiem, już nic
nie wiem, a charczenie Laluni zagłuszyło moje myśli. Chyba powoli
zaczynałem rozumieć, dlaczego tak bardzo kocha szybką jazdę. Sam
fakt, że nie można wychwycić wzrokiem większych szczegółów
mijanych obiektów, szum silnika i wiatr, który jakby wywiewał
niepotrzebne myśli z głowy. Więc robił to by się wyszumieć...
teraz chyba stało się to dla mnie logiczne.
Gdy dojechaliśmy pod dom
już nie zszedłem z niej, jak poparzony, choć znów przez całą
drogę mocno przytulałem się do jego pleców. Takie tam, zwykły
odruch, nic wielkiego... poza tym i tak musiałem się go trzymać,
by nie spaść, więc moje działanie było w pełni
usprawiedliwione. W mieszkaniu ledwo odłożyłem torbę na kanapę,
a już poszedłem do kuchni, co było chyba nie małym zdziwieniem
dla mojego współlokatora. No co... sam powiedział, że jest
głodny, to chyba czas najwyższy coś ugotować, tak? Bo szczerze
wątpiłem, by potrafił coś więcej jak jajecznicę, na szefa
kuchni to on mi nie wyglądał.
- Masz jakiś mięso?
Warzywa? - spytałem, otwierając lodówkę. - Kiedy ty robiłeś
jakieś zakupy...- No co ty chcesz, jest co jeść. Czegoś się spodziewał?
- Niczego... pójdę na zakupy, niedługo wrócę. Możesz mi zrobić kawy.
- Nie dość, że to z kawą nie ma nic wspólnego to jeszcze będziesz chlać na zimno?
- I tak niemal za każdym razem robię z niej mrożoną – skwitowałem i niedługo potem wyszedłem z mieszkania.
Biorąc pod uwagę to, że
zajęcia kończyły się mniej-więcej o czternastej, a w domu
byliśmy raptem pół godziny później, to teraz dochodziła pewnie
szesnasta. Tak, wiem, trochę późno, jak na porę obiadową i w
sumie bliżej nam było do kolacji, ale to nie moja wina, że
musiałem tutaj zaczynać od kompletnego zera. Nie mogłem też
zrobić jakiejś zupy, Arian nie wyglądał mi na specjalnego
zupożercę i raczej usatysfakcjonowałby go jedynie pokaźny kawał
mięsa. Właśnie dlatego też zajęło mi to tyle czasu... przecież
kurczak musiał poleżeć trochę w przyprawach nim nabrał
odpowiedniego smaku, potem zapiec w ryżu z warzywami i dopiero wtedy
mogłem podać danie, z które rzeczywiście mogłem być dumny.
- Proszę, smacznego –
odparłem, stawiając na stole dwa pełne jedzenia talerze. Z
satysfakcją usiadłem gdzieś niedaleko niego i ściągnąłem
maseczkę, więc mógł zobaczyć uśmiech na mojej twarzy. - I co,
trafiłem w twój gust?
Nasz polarek się przyzwyczaja do motor, fajnie. Już ja sobie wyobrażam jego lodówkę, pizza, piwo i jakieś jajka walające się po kątach. XD Hoho, nie dośc że śliczny tyłek, słodka mordka to jeszcze umie gotować. Idealna żona. ^_^
OdpowiedzUsuń