Nie do końca tak to sobie
zaplanowałem. Owszem, fajnie, oddał mi pilota, w sumie nawet się
przy tym pośmiałem, le nie sądziłem, że tak po prostu sobie
pójdzie. Wstyd się przyznać, ale polubiłem go. Naprawdę,
zwyczajnie i szczerze go polubiłem, a nawet przejmowałem się, gdy
gdzieś wychodził, a ja nie bardzo wiedziałem dokąd. Zupełnie
tak, jak teraz... nie zadowoliła mnie jego odpowiedź, nawet
gorzej... trochę mnie... przybiła? Nie wiedziałem co powinienem o
tym myśleć zwłaszcza, że nie powinno mnie to w ogóle
interesować. A jednak nie potrafiłem się skupić na tym, co
oglądałem. Z kim teraz był, co robił, co pił? To chore, nagle
zrobiło się tak dziwnie pusto. A mogłem mu zostawić tego pilota,
psia mać. Może wtedy chociaż spędzilibyśmy ten niedzielny
wieczór razem.
Rankiem pierwszych kroków nie
skierowałem do kuchni, jak zazwyczaj, a do jego pokoju, by zerknąć,
czy przynajmniej wrócił gdzieś w środku nocy. No wrócił, tylko
chyba stosunkowo niedawno, bo spał jeszcze twardziej niż zazwyczaj.
Tym razem się więc zlitowałem i obudziłem go całe pół godziny
później. Niech sobie odeśpi, cholera wie, pewnie wytrzeźwieje..
balem się tego dnia jechać z nim na jednym motorze. Naprawdę. Ale
pojechałem, zaufałem, jaki ja naiwny.
Całokształt minął jakoś tak
normalnie. Ja zapisałem prawie cztery strony notatek, siedzący bok
Arian nie zanotował ani jednego słowa. Lepiej... on to wszystko
zwyczajnie przespał. Musiałem go dźgnąć ze dwa razy, kiedy pani
profesor patrzyła wymownie w naszą stronę. Nie chciałem by sobie
zrobił dodatkowych problemów, a przy okazji wciągnął w to mnie,
bo przecież spędzaliśmy dość dużo czasu razem i teoretycznie
mogłem zostać pociągnięty do odpowiedzialności czy cholera wie
co. Także lepiej tak niż żeby przespał dosłownie całe zajęcia.
Chyba pomimo mojego budzenia udało mu się trochę odespać, bo po
zajęciach zrobił się od razu trochę żywszy. A może to tylko
dlatego, że zawsze go one zanudzały? Hm, może, coś pewnie w tym
było.
Wychodząc na ulicę w sumie nie
przyświecała mi żadna szlachetna idea, tylko zwyczajne „wrócić,
zjeść, odpocząć”. I tak by się to potoczyło, gdyby nie ruda
dziewczyna, która krzyknęła do mnie z niedaleka.
- Julien! - krzyknęła, uśmiechając
się radośnie i machając mi na powitanie. Tak, to była Marika! Od
razu się rozpromieniłem.- Marika! - odezwałem się głośno i od razu ściągnąłem z twarzy maseczkę. Szybko ruszyłem w jej stronę, uśmiechając się promiennie. - Miło cię znowu widzieć, co tutaj robisz?
- Też cieszę się, że wreszcie cię spotkałam – klasnęła w dłonie. - Chciałam się zobaczyć z jedną znajomą. A ty? Studiujesz tutaj, prawda? - zaszczebiotała.
- Tak, kulturoznawstwo. Może nim zjawi się twoja znajoma... dasz się zaprosić na kawę? - spytałem dość nieśmiało, w końcu miałem na względzie tamten pamiętny wieczór i nieciekawe jego zakończenie.
- A z chęcią. Mam jej tylko podać kilka rzeczy. Zaraz napiszę jej eska tylko mi powiedz dokąd idziemy – przez dość długą chwilę grzebała w torebce, aż wyciągnęła z niej telefon.
- Tutaj jest taka kawiarenka, na przeciwko. Będzie w porządku? - uśmiechnąłem się pięknie.
- O ile mają tam coś słodkiego, najlepiej z bita śmietaną to będzie cudnie – odwzajemniła mój uśmiech i wyskrobała sms'a, po czym wzięła mnie pod rękę. - Prowadź.
- Mają, mają – zerknąłem na jej poczynania i jakoś tak uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. - To chodź – pociągnąłem ją lekko za sobą, a po upływie kilku chwil dotarliśmy na miejsce. Zajęliśmy stolik przy oknie, chyba najbardziej dogodne siedzisko w tym miejscu.
- Ładnie tu – uśmiechnęła się i siadła z gracją, zakładając nogę na nogę. - Często tu bywasz? Mają tu dobrą latte albo cappuccino?
- Polecam latte i sernik z truskawkami. Zazwyczaj kończyłem tutaj między wykładami, więc sama sobie odpowiedz.
- Więc niech będzie latte i sernik.
- Więc za chwile wracam.
Udałem się więc do kasy, by złożyć
zamówienie. Tylko, że ja w przeciwieństwie do Wiadomo Kogo
respektowałem zasady społeczne i stałem w kolejce, szanując
resztę ludzi dookoła mnie. Na szczęście poszło szybko i
dziewczyna przy stoliku nie musiała na mnie czekać zbyt długo.
Znaczy na zamówienie, choć miałem nadzieję, że raczej na mnie.
- Proszę, smacznego... Mari,
przepraszam za wtedy, nawet nie porozmawialiśmy, a już wyszedłem.
- Nie waż się tym przejmować...
To ja powinnam przeprosić. Troszkę to wszystko wtedy źle
wyszło... - popiła ostrożne kawę.
- Mhm, czyli o wszystkim wiesz..? -
mruknąłem niechętnie.
- Ari prawie podpalił mi kuchnię i
przepił połowę zapasów alkoholu, więc tak... Wiem i... sporo w
tym mojej winy – poprawiła kosmyk włosów, która opadł jej na
policzek. Ja to miałem zrobić, cholera.
- Jak to? Przecież nic nie zrobiłaś
– napiłem się swojej kawy.
- Jakby nie patrzeć zaprosiłam was
obu i... wiedziałam, że się Płomyczkowi podobasz. Nie wzięłam
jednak poprawki na to, że on już nie koniecznie musi podobać się
tobie.
- Nie jestem zainteresowany
mężczyznami... tak sądzę... a teraz razem mieszkamy, wiesz?
- Tak... Arian mi wczoraj
powiedział. Myślałam, że go zamorduję, że tak długo trzymał
to w sekrecie.
- Ale to w sumie nie ma o czym
mówić, tylko tam mieszkam. Trochę nawet go polubiłem, ale to
wciąż nic więcej.
- Ari da się lubić, kiedy nie
próbuje czegoś puścić z dymem - zachichotała cicho i wzięła
się za sernik. - Pychota! Naprawdę masz dobry gust.
- Dziękuję, choć w sumie lubię
wszystko co słodkie - uśmiechnąłem się szeroko. - A co do
niego to tak, póki się nie pali jest całkiem w porządku.
- Nie tylko ty - wzięła kolejną
porcję do ust, od czego dziwnym trafem nie mogłem odciągnąć
wzrokiem. Były piękne, tak zwyczajnie soczyste i pełne... -
Uwielbiam bitą śmietaną i wanilię i czekoladę! I wiele innych
rzeczy. Szkoda, że muszę z nimi uważać jeżeli chcę się w
cokolwiek mieścić – westchnęła ciężko.
- Przesadzasz, wyglądasz cudownie.
Odrobina słodyczy ci nie zaszkodzi, kobieta powinna być kształtna
– uśmiechnąłem się uprzejmie, zaczynając swój kawałek
ciasta.
- Gdybym się nie hamowała
wyglądałabym jak rumiany pulpecik.
- Wciąż byłabyś piękna –
odparłem bez zastanowienia, choć miałem świadomość, jak
kiczowato musiałem w tej chwili zabrzmieć.
- Wierz mi... wmawiam to sobie przy
każdym kolejnym ciachu, szkoda tylko, że to tak jednak nie działa.
Mimo to dziękuję za komplement. Jesteś naprawdę słodziutki.
Była taka urocza. Dlaczego Arian
wypowiadał się o niej w tak prozaiczny sposób? Podstępna,
przebiegła wiedźma? Z której strony? Jak na zawołanie rozdzwonił
się mój telefon, a na wyświetlaczu pojawiło się jedno słowo:
„Ameba”. Przeprosiłem więc moja towarzyszkę i odebrałem.
- No hej... a z Mari. Jak to co?
Siedzę. Dobra, dobra, przepraszam, zaraz będę na podjeździe,
już... no, no, pa – rozłączyłem się i zerknąłem na
dziewczynę. - Przepraszam, muszę już iść.
- Nic nie szkodzi, spotkamy się
jeszcze – uśmiechnęła się do mnie pięknie, a ja po prostu
pocałowałem ją na odchodne w policzek. Warto było!
Dobrze przynajmniej że wrócił cały i nie poobijany. Takiego aniołka mieć obok to skarb, powinien częściej go budzić. Jaki uroczy, ameba będzie zazdrosny. :) chociaż może nie. No on jest po prostu taki mrr. <3
OdpowiedzUsuń