środa, 19 kwietnia 2017

Rozdział XI - Mari!

Nie do końca tak to sobie zaplanowałem. Owszem, fajnie, oddał mi pilota, w sumie nawet się przy tym pośmiałem, le nie sądziłem, że tak po prostu sobie pójdzie. Wstyd się przyznać, ale polubiłem go. Naprawdę, zwyczajnie i szczerze go polubiłem, a nawet przejmowałem się, gdy gdzieś wychodził, a ja nie bardzo wiedziałem dokąd. Zupełnie tak, jak teraz... nie zadowoliła mnie jego odpowiedź, nawet gorzej... trochę mnie... przybiła? Nie wiedziałem co powinienem o tym myśleć zwłaszcza, że nie powinno mnie to w ogóle interesować. A jednak nie potrafiłem się skupić na tym, co oglądałem. Z kim teraz był, co robił, co pił? To chore, nagle zrobiło się tak dziwnie pusto. A mogłem mu zostawić tego pilota, psia mać. Może wtedy chociaż spędzilibyśmy ten niedzielny wieczór razem.
Rankiem pierwszych kroków nie skierowałem do kuchni, jak zazwyczaj, a do jego pokoju, by zerknąć, czy przynajmniej wrócił gdzieś w środku nocy. No wrócił, tylko chyba stosunkowo niedawno, bo spał jeszcze twardziej niż zazwyczaj. Tym razem się więc zlitowałem i obudziłem go całe pół godziny później. Niech sobie odeśpi, cholera wie, pewnie wytrzeźwieje.. balem się tego dnia jechać z nim na jednym motorze. Naprawdę. Ale pojechałem, zaufałem, jaki ja naiwny.
Całokształt minął jakoś tak normalnie. Ja zapisałem prawie cztery strony notatek, siedzący bok Arian nie zanotował ani jednego słowa. Lepiej... on to wszystko zwyczajnie przespał. Musiałem go dźgnąć ze dwa razy, kiedy pani profesor patrzyła wymownie w naszą stronę. Nie chciałem by sobie zrobił dodatkowych problemów, a przy okazji wciągnął w to mnie, bo przecież spędzaliśmy dość dużo czasu razem i teoretycznie mogłem zostać pociągnięty do odpowiedzialności czy cholera wie co. Także lepiej tak niż żeby przespał dosłownie całe zajęcia. Chyba pomimo mojego budzenia udało mu się trochę odespać, bo po zajęciach zrobił się od razu trochę żywszy. A może to tylko dlatego, że zawsze go one zanudzały? Hm, może, coś pewnie w tym było.
Wychodząc na ulicę w sumie nie przyświecała mi żadna szlachetna idea, tylko zwyczajne „wrócić, zjeść, odpocząć”. I tak by się to potoczyło, gdyby nie ruda dziewczyna, która krzyknęła do mnie z niedaleka.
- Julien! - krzyknęła, uśmiechając się radośnie i machając mi na powitanie. Tak, to była Marika! Od razu się rozpromieniłem.
- Marika! - odezwałem się głośno i od razu ściągnąłem z twarzy maseczkę. Szybko ruszyłem w jej stronę, uśmiechając się promiennie. - Miło cię znowu widzieć, co tutaj robisz?
- Też cieszę się, że wreszcie cię spotkałam – klasnęła w dłonie. - Chciałam się zobaczyć z jedną znajomą. A ty? Studiujesz tutaj, prawda? - zaszczebiotała.
- Tak, kulturoznawstwo. Może nim zjawi się twoja znajoma... dasz się zaprosić na kawę? - spytałem dość nieśmiało, w końcu miałem na względzie tamten pamiętny wieczór i nieciekawe jego zakończenie.
- A z chęcią. Mam jej tylko podać kilka rzeczy. Zaraz napiszę jej eska tylko mi powiedz dokąd idziemy – przez dość długą chwilę grzebała w torebce, aż wyciągnęła z niej telefon.
- Tutaj jest taka kawiarenka, na przeciwko. Będzie w porządku? - uśmiechnąłem się pięknie.
- O ile mają tam coś słodkiego, najlepiej z bita śmietaną to będzie cudnie – odwzajemniła mój uśmiech i wyskrobała sms'a, po czym wzięła mnie pod rękę. - Prowadź.
- Mają, mają – zerknąłem na jej poczynania i jakoś tak uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. - To chodź – pociągnąłem ją lekko za sobą, a po upływie kilku chwil dotarliśmy na miejsce. Zajęliśmy stolik przy oknie, chyba najbardziej dogodne siedzisko w tym miejscu.
- Ładnie tu – uśmiechnęła się i siadła z gracją, zakładając nogę na nogę. - Często tu bywasz? Mają tu dobrą latte albo cappuccino?
- Polecam latte i sernik z truskawkami. Zazwyczaj kończyłem tutaj między wykładami, więc sama sobie odpowiedz.
- Więc niech będzie latte i sernik.
- Więc za chwile wracam.
Udałem się więc do kasy, by złożyć zamówienie. Tylko, że ja w przeciwieństwie do Wiadomo Kogo respektowałem zasady społeczne i stałem w kolejce, szanując resztę ludzi dookoła mnie. Na szczęście poszło szybko i dziewczyna przy stoliku nie musiała na mnie czekać zbyt długo. Znaczy na zamówienie, choć miałem nadzieję, że raczej na mnie.
- Proszę, smacznego... Mari, przepraszam za wtedy, nawet nie porozmawialiśmy, a już wyszedłem.
- Nie waż się tym przejmować... To ja powinnam przeprosić. Troszkę to wszystko wtedy źle wyszło... - popiła ostrożne kawę.
- Mhm, czyli o wszystkim wiesz..? - mruknąłem niechętnie.
- Ari prawie podpalił mi kuchnię i przepił połowę zapasów alkoholu, więc tak... Wiem i... sporo w tym mojej winy – poprawiła kosmyk włosów, która opadł jej na policzek. Ja to miałem zrobić, cholera.
- Jak to? Przecież nic nie zrobiłaś – napiłem się swojej kawy.
- Jakby nie patrzeć zaprosiłam was obu i... wiedziałam, że się Płomyczkowi podobasz. Nie wzięłam jednak poprawki na to, że on już nie koniecznie musi podobać się tobie.
- Nie jestem zainteresowany mężczyznami... tak sądzę... a teraz razem mieszkamy, wiesz?
- Tak... Arian mi wczoraj powiedział. Myślałam, że go zamorduję, że tak długo trzymał to w sekrecie.
- Ale to w sumie nie ma o czym mówić, tylko tam mieszkam. Trochę nawet go polubiłem, ale to wciąż nic więcej.
- Ari da się lubić, kiedy nie próbuje czegoś puścić z dymem - zachichotała cicho i wzięła się za sernik. - Pychota! Naprawdę masz dobry gust.
- Dziękuję, choć w sumie lubię wszystko co słodkie - uśmiechnąłem się szeroko. - A co do niego to tak, póki się nie pali jest całkiem w porządku.
- Nie tylko ty - wzięła kolejną porcję do ust, od czego dziwnym trafem nie mogłem odciągnąć wzrokiem. Były piękne, tak zwyczajnie soczyste i pełne... - Uwielbiam bitą śmietaną i wanilię i czekoladę! I wiele innych rzeczy. Szkoda, że muszę z nimi uważać jeżeli chcę się w cokolwiek mieścić – westchnęła ciężko.
- Przesadzasz, wyglądasz cudownie. Odrobina słodyczy ci nie zaszkodzi, kobieta powinna być kształtna – uśmiechnąłem się uprzejmie, zaczynając swój kawałek ciasta.
- Gdybym się nie hamowała wyglądałabym jak rumiany pulpecik.
- Wciąż byłabyś piękna – odparłem bez zastanowienia, choć miałem świadomość, jak kiczowato musiałem w tej chwili zabrzmieć.
- Wierz mi... wmawiam to sobie przy każdym kolejnym ciachu, szkoda tylko, że to tak jednak nie działa. Mimo to dziękuję za komplement. Jesteś naprawdę słodziutki.
Była taka urocza. Dlaczego Arian wypowiadał się o niej w tak prozaiczny sposób? Podstępna, przebiegła wiedźma? Z której strony? Jak na zawołanie rozdzwonił się mój telefon, a na wyświetlaczu pojawiło się jedno słowo: „Ameba”. Przeprosiłem więc moja towarzyszkę i odebrałem.
- No hej... a z Mari. Jak to co? Siedzę. Dobra, dobra, przepraszam, zaraz będę na podjeździe, już... no, no, pa – rozłączyłem się i zerknąłem na dziewczynę. - Przepraszam, muszę już iść.
- Nic nie szkodzi, spotkamy się jeszcze – uśmiechnęła się do mnie pięknie, a ja po prostu pocałowałem ją na odchodne w policzek. Warto było!

1 komentarz:

  1. Dobrze przynajmniej że wrócił cały i nie poobijany. Takiego aniołka mieć obok to skarb, powinien częściej go budzić. Jaki uroczy, ameba będzie zazdrosny. :) chociaż może nie. No on jest po prostu taki mrr. <3

    OdpowiedzUsuń