sobota, 22 kwietnia 2017

Rozdział XII - Usta ustom nie równe

Niewątpliwie Arian i Mari znali się już naprawdę długo. Jak to powiedział... od samej piaskownicy. Czy to oznaczało, że naprawdę nie kłamie? Marika zarabiała na to wszystko... swoim ciałem? Taka piękna dziewczyna? Tak urocza, zabawna, wyjątkowa... nie, nie chciałem w to wierzyć. Nie chciałem też patrzeć na nią teraz przez pryzmat słów Ameby, jednak... miałoby to sens... cholera jasna. Naprawdę? Dlaczego Marika? Przecież wydawała się taka... inna... teoretycznie była, bo jeszcze nigdy nie spotkałem się oko w oko z prostytutką. Ale nie, to nie tak miało być... Słowa Ariana odrobinę mnie przybiły, to fakt, a ja jakby szukając pocieszenia, to w drodze do domu przytuliłem się do jego pleców mocniej niż zazwyczaj. Sam nie wiem, po prostu chciałem to zrobić, to było dziwne, ale jeszcze wtedy nie patrzyłem na to w ten sposób. W końcu kontakt fizyczny poprzez przytulanie drugiej osób nie był niczym złym i nie zawierał żadnych podtekstów.
Po powrocie do domu dostałem wiadomość od znajomego z roku, czy przypadkiem nie mam ochoty wpaść na tę małą posiadówkę u niego w domu. Szczególnie cieszyłem się, że podkreślił słowo „małą” wypisując, że będzie tam nie więcej niż sześć osób. Tyle to jeszcze nie tłum, można porozmawiać, w dodatku znałem go dosyć dobrze i wiedziałem, że nie jest zwolennikiem imprez z hukiem, gdzie wszyscy goście wracają na czworaka do domu. Wszystkie te czynniki wpłynęły na moją decyzję i postanowiłem tak pójść, czego jak się okazało... nie pożałowałem.
Poznałem dziewczynę i to wcale nie taką byle jaką. Zwyczajnie mnie oczarowała, a ja bezmyślnie temu urokowi uległem. Na imię jej było Aisha. Długie, czarne, miękkie włosy sięgały jej do połowy pleców. Oczy miała duże, szmaragdowe, przysłonione koronką długich, czarnych rzęs. Usta miała dosyć wąskie, ale o pięknym, brzoskwiniowym kolorze. Kości policzkowe tak piękne, a cerę tak bladą, mimo to z rumieńcami. Była niższa ode mnie o nieco ponad dziesięć centymetrów, do tego tak mądra, zabawna... zwariowałem. I szaleństwo to trwało całe dwa tygodnie.
Widywaliśmy się średnio co dwa dni, w międzyczasie wymieniając masę wiadomości. Nie wiedziałem co w niej takiego było, wydawała się być po prostu idealna. Mieliśmy podobne zainteresowania, ona także kochała zwierzęta i lubiła czytać, więc gdy tylko rozpoczynaliśmy rozmowę, zapominałem o Bożym świecie. Dosłownie, o całym świecie. O notatkach, które należałoby przejrzeć na następny dzień i o Arim, który dostawał dziwnych konwulsji, kiedy mnie słyszał. W końcu wyszedłem z założenia, że to pewnie przez zbyt częste rozmowy, ale... kiedy jest się zakochanym robi się różne rzeczy, tak? Więc powinien mi wybaczyć, zrozumieć, co się dzieje i odrobinę... nie wiem co, ale na pewno przestać być tak dziwnym, jaki się stał w ostatnim czasie. Wszelkie próby podjęcia rozmowy na jakikolwiek temat kończyły się fiaskiem prędzej czy później, bo albo mi zadzwonił telefon, albo po prostu nie wiedziałem już, co mam klepać do tej naburmuszonej kłody. Nie podobało mi się to, naprawdę. Mimo wszystko mieszkaliśmy razem, powinniśmy mieć dobry kontakt, albo przynajmniej JAKIŚ, a ostatnio nawet tego było mało. Muszę przyznać, że przeszkadzał mi ten fakt... Nigdy nie sądziłem, że przez dziewczynę można tak popsuć stosunki z kimś innym.
Jedyna osobą poza Aishą, z którą kontakt nie uległ zmianie była Marika. A nawet lepiej, trochę nam się to wszystko poukładało, wyjaśniło i mogłem już raczej mówić, że została moją dobrą znajomą. Tak, wyleczyłem się już z niej. W końcu coś by było jednak nie tak, kiedy będąc z jedną wciąż myślałbym o drugiej, prawda? Jednak skoro tak, to tyczy się to działa i tyczy się tylko potencjalnych partnerek, dlaczego wciąż i wciąż miałem gdzieś z tyłu głowy obraz Ariana? Przecież między nami nic nigdy nie było... i nie będzie, tak? Tak. W tej kwestii nie było dyskusji... tak..? Dlaczego byłem tego coraz mniej pewny?
Arian cały czas gdzieś potajemnie „pracował”, ja uczyłem się na zajęcia i spotykałem z czarnowłosą. I tak przez dwa, długie tygodnie. Aż do tego wieczora, który wszystko zmienił.
Wieczór jak wieczór, miał być taki sam, jak wszystkie inne. Tym razem jednak spędzałem go nie z kotem, herbatą i filmem czy też kocem, jedzeniem i Arim, a z Aishą na spacerze. Nic wielkiego, zwykły spacer, wcześniej mała kolacja, po prostu chciałem, by było intymnie, romantycznie, by może coś nam z tego wszystkiego wykwitło, tylko że... wciąż tego nie czułem tak, jak wydawało mi się, że powinienem czuć. Ignorowałem jednak te dziwne wrażenie aż do jedenastej, kiedy to odprowadziłem dziewczynę pod drzwi jej mieszkania. Mieszkała w centrum, niedaleko uczelni, więc powrót do domu o tej godzinie nie był specjalnym problemem czy to piechotą czy komunikacją miejską, bo przecież zawsze można było liczyć na busa nocnego. I wieczór ten miał przebiegać tak idealnie, jak tylko mógł. Miałem ją odprowadzić, pocałować w policzek, przytulić i sobie iść, jednak tym razem ona postanowiła mnie... pocałować w usta. Każdy głupi by się cieszył, odwzajemniał, jak szalony pragnął więcej od dziewczyny, z którą spędził tak miłe chwile, ale nie ja. Problem był w tym, że po prostu osłupiałem, nic nie zrobiłem i, co gorsza, nic nie poczułem. Po prostu nic, pustkę, zupełnie jakby się pomyliła, jakbym ja się pomylił. Jej usta, choć piękne, nie dały mi żadnej satysfakcji, nie potrafiłem cieszyć się z pocałunku, o którym już kilkakrotnie myślałem. Nie zdziwiła mnie jej reakcja, gdy niepewnie odsunęła się i nie wiedziała co zrobić, kiedy ja milczałem. No i... no i co miałem zrobić..? Jak grzecznie ubrać w słowa „jednak to nie to”? Ten wieczór zasługuje na miano absurdu...
Jak łatwo się domyślić, rozmowa dalej już nie była taka przyjemna, jak wcześniej zaplanowana, pierwsza część tego całego randevu. Gdyby ktoś się mnie zapytał o poranku jeszcze tego samego dnia, czy jestem z nią szczęśliwy bez wahania odpowiedziałbym, że tak, a teraz... nagle straciła w moich oczach. Sęk w tym, że nie wiedziałem dlaczego. To nie było to, czego oczekiwałem? Liczyłem na coś... na COŚ. Coś, co poczuję, a że tak się nie stało, to już pół godziny później byłem w domu. Nie znalazłem, ale szczerze mówiąc nawet nie szukałem śladów obecności Ameby w domu. Nie miałem ochoty z nim teraz rozmawiać tym bardziej, że nagle pomyślałem o tym, co zadziało się na tej pamiętnej imprezie u Mariki. Nasz pocałunek był tym CZYMŚ , czego oczekiwałem po tym z Aishą? Chyba zwariowałem, ale za nic nie chciało to opuścić mojej głowy. Nagle stał stał się on taki realny, zupełnie jakbym znów czuł jego ciepło. Jakby miał mnie pocałować, najlepiej teraz, żebym mógł się przekonać, o co mi chodzi. Tak, właśnie stojąc pod prysznicem przyznałem sam przed sobą... chcę, aby Arian mnie pocałował.
Prysznic trwał długo, nawet bardzo, bo wszedłem do pokoju grubo po północy. Już nie pamiętam, kiedy kładłem się spać ostatni raz o tej godzinie, więc pewnym było to, że nie wstanę jutro wcześniej niż o dziesiątej. A się Ari zdziwi, że nie budzę go po dziewiątej z kawą, no, no. W dodatku długo nie mogłem zasnąć, w myślach mając cały czas wydarzenie z dziś i z przeszłości, usta Aishy i Ariana, różnice, znaczenie, ukryte znaczenie... i z tymi wszystkimi myślami w końcu zasnąłem.
Sen miałem po prostu idealnie na temat, był w nim oczywiście Arian, bo dlaczego nie? W dodatku byliśmy razem i to też nie tak byle jak. Leżeliśmy w salonie, albo to raczej ja leżałem, mając go nad sobą... Boże, za co śni mi się seks z tym facetem? I dlaczego w tym śnie ze znudzeniem spoglądam na firanki?

1 komentarz:

  1. Chłodziarka jest chyba odrobinę przybity. No zwariował, ale na pewno nie w pozytywny sposób, takie znajomości zazwyczaj nie przynoszą wiele dobrego. :> Milusi nabiera wątpliwości, to dobrze. Dobrze, ten towar jest już dla kogoś zarezerwowany i to nie jest żadna tak panienka. <3 TAK! TAK! TAK! Zrozumiał! <3

    OdpowiedzUsuń