Arian... uwierzył. Naprawdę uwierzył!
Nie spodziewałem się, że tak łatwo przyjdzie mi wprowadzić go w
maliny. Tak dobrze kłamałem? Przecież sam musiałem się mocno
powstrzymywać, trzymać emocje na wodzy, by to wszystko w ogóle
wypaliło. A teraz... kiedy mi uwierzył... było mi jeszcze gorzej
niż wcześniej. Dlaczego nie mogłem przestać o nim myśleć?
Dlaczego, do cholery, tak bardzo byłem na niego wściekły?! Już
dopuściłem do siebie myśli o ewentualnym zachwianiu orientacji,
chwilowego nieposłuszeństwa zdrowego rozsądku, głupiemu
zauroczeniu, o ile można tak nazwać to pojebane uczucie, jednak
wciąż liczyłem na to, że jednak to tylko chwilowe, a zła
atmosfera w domu, która była wynikiem tej „burzy hormonów” z
czasem opadnie. Niestety, nie opadła. Stan ten utrzymywał się tak
coraz dłużej i dłużej, a mnie coraz mocniej i mocniej ściskało
w żołądku na jego widok.
Właśnie, widok. Niby wciąż razem
mieszkaliśmy, a nie widywaliśmy się prawie wcale. Ja wstawałem
wcześniej, nawet nie sprawdzając czy śpi, ale pewnie spał i
wychodziłem na uczelnię. Nawet nie potrafię rozsądnie
wytłumaczyć, po co to robiłem, skoro jednym uchem mi to wlatywało,
a drugim wylatywało. Jestem w stanie usprawiedliwić się jedynie
słowami: „musiałem czymś zabić czas”. Dosłownie i w
przenośni, bo gnijąc w mieszkaniu, we własnym pokoju, mając
świadomość, że gdzieś po przedpokoju może pałętać się On
być może... zwyczajnie bym nie dał rady i się wyprowadził.
Gdzie? Może nawet... z powrotem do domu... Swoją drogą, dawno nie
rozmawiałem z mamą. Jedynie ojciec odezwał się parę razy, by
zapytać, jak tam mi się żyje na własnym, ale... na tym się
urywało. Nikomu nie polecam, ale też niczego nie żałuję. Czy aby
na pewno..? Cieszyłem się, że już tam nie mieszkam, że mam swoje
własne miejsce, nie jestem od nikogo zależny i nie mam drącej japy
matki nad uchem. Cieszyłem się też z tego, że udało mi się
lepiej poznać Ariana, ale już mniej z tego wszystkiego, co miało
miejsce teraz. Naprawdę... Natłok myśli, jakie przechodziły przez
moją głowę w przeciągu jednego dnia z pewnością przekraczał
normę zwykłego, prostego człowieka, wiodącego ciche i szczęśliwe
życie. Chyba nie jest mi dany ten uwielbiony spokój, którego
pragnąłem od okresu dojrzewania... Wpierw matka, potem... też
matka, ale już w innym kontekście, bo tym razem chodziło o studia
i towarzystwo, a teraz Arian, którego ciężko mi było nazwać
teraz Amebą. Nie wiem dlaczego, był frajerem nie zasługującym na
tak przyjazne dla środowiska, tak po prostu. No i nie potrafiłem
normalnie z nim porozmawiać, bo wszystko aż we mnie buzowało. Daj
Boże zdrowie...
Ostatecznym punktem zapalnym całej tej
afery było to, że zaraz miały być święta i to nie byle jakie.
Najważniejsze w całym roku święta Bożego Narodzenia. Oto czas,
gdy wszyscy mieli się godzić, jeść wspólnie kolację i łamać
się opłatkiem oraz wybaczać sobie nawzajem wszystkie błędy. Co
roku spędzałem ten czas w domu w towarzystwie rodziny, jednak w tym
roku wydawało mi się, że spędzę je po prostu sam. Matka nie
odezwała się choćby słowem, ojciec nie zaprosił mnie na
kolacje... Ba, nawet o niej nie wspomniał. Zastanawiało mnie,
dlaczego? Mama mu nie pozwoliła czy zwyczajnie zapomnieli? Oh,
pięknie...
Czas leciał wyjątkowo wolno przez te
ostatnie dni przed wigilią. Wszechobecna radość, kolędy i
kolorowe reklamy centrów handlowych zazwyczaj działały na mnie
bardzo pozytywnie, ale nie tym razem. Miałem wrażenie, że tonę,
dosłownie. Czułem się tak, jakby pożerały mnie ruchome piaski.
Im bardziej próbowałem coś ruszyć, cokolwiek zmienić, tym
bardziej wszystko wokół mnie się waliło. Kiedy tutaj zamieszkałem
byłem pełen nadziei: chciałem poznać mojego współlokatora i
zmienić swoje życie, zacząć je od nowa. Tymczasem dostałem jakiś
szajs, niewiarygodne gówno oraz popapranie z poplątaniem. Owszem,
„coś” udało mi się osiągnąć, wydawało mi się, że
zdobyłem przyjaciela... ale chyba tylko mi się wydawało. Jednak
skoro nie, to dlaczego nie chciałem... nie potrafiłem spojrzeć mu
w oczy, kiedy już byliśmy zmuszeni minąć się w drzwiach
wejściowych? Zupełnie tak, jakbym miał wyrzuty sumienia i, co
śmieszne, miałem je... Były niewyobrażalnie wielkie i trudno było
mi to wyjaśnić, ale... Miałem takie wrażenie... Takie małe, może
tylko mi się wydawało, ale... Zdawało mi się, że on też odwraca
wzrok... To tylko moja wyobraźnia, czy jego też coś dręczyło..?
Dzień przed wigilią nie miałem już
dokąd uciec. Uczelnia była zamknięta, więc wykładowcy oraz
studenci mogli już na spokojnie zająć się organizacja świąt w
swoim własnym, domowym zaciszu. Wszystko to mi wybitnie... nie
pasowało. Wszędzie wkoło śmiechy, chichy, a ja siedziałem w
mieszkaniu przez brak innej rzeczy do roboty i tylko dawałem się
wessać bez reszty fotelowi pode mną. Tak, nie było mi to na rękę.
Tym bardziej, że chyba nie tylko ja nie miałem co ze sobą zrobić
i gdzie się podziać, bo na kanapie praktycznie obok mnie siedział
Arian... Nie mogłem już tego znieść. Wystarczyło, że siedział
tuż obok mnie, a ja nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić:
przyłożyć mu już czy za chwilę? A może porozmawiać? Ale o
czym? Ugh, tak strasznie działał i na nerwy..! I jednocześnie
przyprawiał o mdłości... Było mi z tym naprawdę źle i w życiu
nie powiedziałbym o sobie, że będzie mnie łączyła taka
pokręcona relacja z innym mężczyzną, a w dodatku, że będzie to
na tyle poważne, aby możliwe było zawieszenie w powietrzu siekiery
z powodu gęstości atmosfery, gdy razem przebywamy.
Patrzyłem się już chyba wszędzie,
gdzie tylko było mi dane: stół, dywan, pamiętne firanki.
Wszędzie, byle nie na niego. Kręciłem się też co jakiś czas do
pokoju i kuchni, wracając jednak z powrotem do salonu. Niby mogłem
zostać w pokoju, zamknąć się na świat i spędzić tam tak
kolejny dzień, ale ile można..? Jeszcze klaustrofobii dostanę i
już nie będę miał w ogóle dokąd uciec... Potworną ciszę
przerwał dzwonek do drzwi, na który entuzjastycznie poderwałem się
na równe nogi i poszedłem otworzyć drzwi. Ktokolwiek to był i
cokolwiek chciał, dobrze, że przyszedł! A nawet jeszcze lepiej, bo
po otwarciu drzwi zobaczyłem znajome, czerwonawe włosy oraz radosne
oczy.
- Mari, jak miło cię widzieć –
uśmiechnąłem się lekko, mimo wszystko nie było mnie stać na nic
lepszego. - Wesołych świąt.
Oj biedna ta nasza chłodziareczka... Cała notka depresyjna, już nawet nie wiem jak to komentować.
OdpowiedzUsuń