Miło było tak popatrzeć na małą
Amebę uwiecznioną na zdjęciach. I choć wiedziałem, jak bardzo
musiało to być dla niego momentami żenujące, zabawa była
przednia! Ten wielki, momentami groźny facet w piżamce w dinozaury,
soczkiem w ręce i w dodatku zakochany po uszy w Małej syrence,
wszystko to wydawało się niemożliwe. Następnym razem będę
musiał poprosić jego mamę o odbitki! Nie ma bata, przynajmniej
jedno z tych zdjęć musi trafić do ramki i stanąć gdzieś w
salonie. A może za bardzo się rządzę i jemu wcale by się to nie
spodobało? Cóż, nim do tego dojdzie trzeba będzie zacząć
przekonywać go małymi kroczkami, najlepiej pod postacią naszych
zdjęć w ramkach gdzieniegdzie rozłożonych po domu.
Z racji tego, że byłem w domu jako
pierwszy zająłem się pochowaniem wszelkiego jedzenia, które
podostawaliśmy od pani Rebecci. No cóż, może i było tego dużo,
ale plus w tym taki, że przez tydzień nie trzeba było robić
zakupów. Kolejnym punktem były prezenty: zarówno ten dla mnie od
Mariki, jak i ten dla Ariana. No i jeszcze dojdzie ten od niego dla
mnie... obawiałem się, co to mogło być. Ze swoim zmieściłem się
w niewielką torebkę prezentową, oby tamten nie przerósł go
dziesięciokrotnie. Ale chyba nie miałem się o co martwić, w końcu
zapewne obaj załatwialiśmy te rzeczy w trakcie tej zażartej
kłótni, czy jakkolwiek idzie nazwać to, co działo się w tym
przedświątecznym czasie. Z zamyśleń wyrwał mnie nie kto inny,
jak Arian, który po dłuższej chwili nieobecności wreszcie
przekroczył próg mieszkania.
- Dobrze, że już jesteś –
zacząłem, posyłając mu lekki uśmiech. - Mam coś dla Ciebie
i...- Ja też, ale to musimy wyjść – odparł i rzucił mi do rąk kurtkę, a ja spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
- Ale po co?
- Nie wniosę ci tego do domu, proste – uśmiechnął się, a mnie aż zmroziło. Co to, do cholery, mogło być? Zastanawiając się wciąż, ubrałem się w końcu i wyszliśmy z mieszkania.
Przez cały czas chodziło mi po
głowie, co też mógł wymyślić, przez co mierzyłem go co trochę
wzrokiem z ukosa. Arian, deklu, co niby miało być...? I w tamtej
chwili wręczył mi do rąk... kluczyki. A ja zamarłem. Chwila,
moment, klucze... Nie od mieszkania, a to znaczyło, że...
- KUPIŁEŚ MI SAMOCHÓD?! - Nie
wytrzymałe i niechcący aż krzyknąłem, nie dowierzając.
- Nie nazywaj tego samochodem... To
tylko puszka na kołach. Myślałam o jakimś skuterze czy coś, ale
biorąc pod uwagę, jaki z ciebie zmarzluch to padło na to coś...
Wsadzisz tyłek i przejedziesz, gdzie będziesz chciał, a nie
będziesz się tłukł autobusami – spojrzał na mnie, jakby to
wszystko było takie oczywiste. A ja nie mogłem w to uwierzyć.
Co z nim było nie tak? Szybko
dostrzegłem niewielkie autko na parkingu, a naciskając guzik przy
kluczach potwierdziły się moje teorie spiskowe. On naprawdę kupił
mi coś takiego... A ja się zmieściłem w małej torebce z tak
badziewną rzeczą... Uderzyłem się w czoło, jednak takiej reakcji
z jego strony to się nie spodziewałem.
- Nie podoba ci się, nie? Tak
myślałem, cholera – mruknął.
- Co? Nie, nie! Jest świetny,
dziękuję – szybko i kontrolnie go przytuliłem. - Kompletnie się
nie spodziewałem, zaskoczyłeś mnie – uśmiechnąłem się
szeroko i chyba udało mi się zażegnać sytuacje, bo nawet na jego
twarzy dostrzegłem uśmiech. - Teraz moja kolej... oh, on będzie
badziewny w porównaniu z twoim – dodałem pod nosem i skierowałem
się z powrotem do bramy. Kluczyki schowałem w międzyczasie
głęboko do kieszeni, by ich zaraz nie zgubić i zamknąłem ją
szczelnie na zamek.
W mieszkaniu ledwo ściągnąłem z
siebie kurtkę, a już chwyciłem za torebkę z prezentem. No i tu
zaczął się mój wykład, to chyba z nerwów.
- Miałem pustkę w głowie, kiedy
wybierałem dla Ciebie prezent, a pomysł przyszedł tak nagle, że
nawet nie rozpatrywałem innych ewentualności. Pewnie nie będzie
ci się podobał, jednak zaryzykuję... - podałem mu to „maleństwo”
i tylko nerwowo obserwowałem zmiany w jego mimikę w trakcie
rozpakowywania. W środku nie było niczego nadzwyczajnego: perfumy,
ale nie tylko. Dołożyłem do nich także ciężką bransoletę ze
srebrna, której boki obłożone były czarną skórą. Istną
męczarnią było oglądania jego zdziwienia w czasie, gdy zakładał
ją na rękę.
- Fajna, ciężka. Jak nią komuś
przywalę to będzie to malowniczo wyglądać – wyszczerzył się
do mnie, a mi spadł kamień z serca.
- Czyli ci się podoba? Matko
święta, jaka ulga!
- Pewnie, że się podoba – odparł
biorąc perfumy i nieco je powąchał. - Ciekawe... Tylko jak zwykle
będę zapominał się nimi pryskać...
- Będę ci przypominać, nie martw
się. Zauważyłem właśnie, że żadnych nie masz, a ja... lubię
kiedy pachniesz.
- Mam... Schowane w szafce w pokoju.
Marika swego czasu mi ich naniosła, ale jakoś mi nie za bardzo
odpowiadały. O swojej sklerozie do psikania się nimi nie wspomnę
– psiknął się lekko perfumami i przyciągnął mnie do siebie.
- To jak... pachnę teraz odpowiednio? - zadziornie się uśmiechnął.
- Mhm, wiec to tak... - oparłem
dłonie na jego ramionach. - Teraz perfekcyjnie.
- To może nawet postaram się o tym
nie zapominać.... - skubnął mnie w szyję, a ja nie powstrzymałem
śmiechu, choć odchyliłem głowę.
Później przyszedł jeszcze czas na
rozpakowanie prezentu od Mariki, którego to dostałem zakaz
otwierania przy ludziach. Zabrałem się więc do niego pełen obaw,
a widząc w środku kocie uszy na opasce oraz ogon wszystko stało
się jasne... No co za kobieta, dlaczego takie coś dostałem właśnie
ja?! Szybko jednak znalazłem idealne zastosowanie dla uszek, Arian
wyglądał w nich świetnie. Musiałem zrobić mu w nich całą sesję
zdjęciową! I jedno mogę śmiało powiedzieć: ten dzień do końca
był już nad wyraz miły.
Święta, święta i po świętach.
Zapasy w lodówce się skończyły, dosłownie, bo wyjedliśmy
wszystko co do okruszka z wojskowej partii żywieniowej Pani Mamy. W
szafkach zaświeciło pustkami, w brzuchach kiszki marsza grają...
Niby można jakoś pociągnąć na gotowym jedzeniu kupowanym w
knajpach niedaleko domu, czy przez internet, ale to nie był
zdecydowanie mój styl bycia. Dlatego też teraz, ledwie dwa dni po
świętach, kiedy wszyscy zaczynali robić zapasy alkoholu na
Sylwestra, a Ari miał inne, lepsze rzeczy do roboty, ja wylądowałem
w sklepie w długaśną listą zakupów. Żeby nawet cukru w domu nie
było, no ludzie... W każdym razie padło na mnie, nie narzekałem.
Przynajmniej mogłem się przekonać na własnej skórze, jak to
cacuszko jeździ i wcale nie było tak źle. Nawet wyliczyłem w tym
wszystkim trzy najważniejsze punkty:
- Nikogo nie zabiłem.
- Siebie nie zabiłem.
- Nie stałem w zatłoczonym autobusie z siatami pełnymi po uszy.
Arian chyba faktycznie miał rację,
potrzebowałem samochodu. Wcześniej tego nie dostrzegałem, jednak
teraz widziałem, jak wielki level up zaliczyłem zmieniając środek
transportu po mieście.
Teoretycznie miałem już wszystko i
mogłem już wracać do domu, ale po prostu m u s i a ł e m wstąpić
do cukierni po jakieś ciasto, musiałem! Za bardzo pachniało, za
bardzo mnie kusiło bym mógł być tak okrutny i je zignorować.
Zostawiłem więc siaty na siedzeniu w aucie i ruszyłem w stronę
cukierni, kiedy nagle usłyszałem czyjś wołający mnie głos. Nie
byłem pewien, do kogo należał, jednak już na sam jego dźwięk
wiedziałem, że nie będzie to przyjemne spotkanie.
Pokażcie w końcu te prezenty misiaczki, chce wiedzieć co tam się kryje. Nie, nie wierzę, autko? No to widzę że się postarał. No różnica między ich upominkami jest kolosalna. Ta bransoletka jest mega, sama bym chciała taką mieć. <3 Kupcie mi. :D No, Ari już się podlizuje, znowu. <3 Ooo... Ari w kocich uszkach. <3 Moja wyobraźnia działa na pełnych obrotach i jestem bardzo usatysfakcjonowana tym co widzę w głowie. Kochane autko, tak Ari – AUTKO. Bardzo się przydało i wszyscy cali. ;) a kto to będzie terroryzował mojego kociaka? :o
OdpowiedzUsuń