niedziela, 28 maja 2017

Rozdział XIV - Sprawa celibatu

- Powiedziałam ci raz, nie mam zamiaru powtarzać. Przez najbliższy tydzień pierdol się sam, bo ja nie mam zamiaru brać żadnej roboty - rzuciłem do Tarixa i zaciągnąłem się dymem z papierosa.
Wyszedłem z domu to przynajmniej mogłem zapalić. Miałem jednak wrażenie, że przyjdzie mi całkiem rzucić fajki, choć nie raz tęsknie za nimi spoglądałem, bo zwyczajnie miałem ochotę zapalić. Miałem z tym jednak jeden problem... poważny problem z cholernie zgrabnym tyłkiem, który gonił mnie strasznie o palenie.
- Nie możesz mi tego zrobić... - jęknął tak błagalnie, że prawie było mi go żal. Prawie...
- Trzeba było do mnie zadzwonić zanim skrzyknąłeś ludzi - wzruszyłem ramionami.
- Nie odbierałeś...
- No i właśnie! Nie odbierałem, bo nie miałem, kurwa, najmniejszej na to ochoty! Kiedy ty się nauczysz, że ze mną się nie da na siłę? Któregoś dnia cię obiję i każę ci wytatuować na mordzie, że jak ktoś nie odbiera to najwyraźniej nie ma na to za chuj ochoty.
Ruszyłem do wyjścia mając gdzieś co on teraz zrobi. Miałem ochotę wypalić jeszcze z jednego papierosa, ale... wolałem nieco wywietrzeć zanim wejdę do domu, bo Julien znów szybko wyniucha dym. Co jak co, ale czuja to miał dobrego.
Wracając jednak do mojej pracy to... zdecydowanie się od świąt obijałem. Miałem zamiar jeszcze to pociągnąć. Wiedziałem jednak, że teraz trudno mi będzie nie mówić nic na temat mojego zajęcia Julienowi. Póki co nie pytał, ale wiedziałem, że prędzej czy później to zrobi i już nie bardzo będę mógł rzucić, że to nie jego sprawa. Byliśmy razem i miał prawo wiedzieć. Z tym, ze wiedziałem jak zareaguje. Przerabiałem to z mamą i Mariką... Wiedziały, martwiły się o mnie i próbowały mi to wybić z głowy. Miałem niemiłe przeczucie, że z białowłosym będzie podobnie, z ta różnicą, że choć tamte dwie ostatecznie akceptowały to, jak cholernie byłem uparty w tym temacie, tak nie miałem pojęcia jak będzie z Julienem.
Wsiadłem na motocykl i ruszyłem pędem w stronę domu. Było zimno jak cholera i ludzie wokoło patrzyli na mnie jak na wariata, ale mnie mrozy nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie, od pewnego czasu zdecydowanie polubiłem chłód...
Wszedłem do domu i zdążyłem zdjąć kurtkę i buty, kiedy do mieszkania wpadł Julien.
- No hej, Zmarzluchu - rzuciłem. - Jak bardzo rozbiłeś klekota? - spytałem z uśmiecham, bo jakoś tak mi się skojarzyło to, jak wpadł do mieszkania. W końcu udzielałem mu kilku lekcji i widziałem, że początkowo był zdenerwowany i to naprawdę solidnie. Teraz wyglądał podobnie.
- Aria ja... nie spałem z Mariką - rzuciła, jakby cholernie mu się spieszyło, żeby mi to powiedzieć.
Ja zaś... nie wiedziałem co powiedzieć. Zdecydowanie nie spodziewałem się takiego wyznania.
- Jak to...? - spytałem mimowolnie. - Mówiłeś przecież, że...
- To nieważne... Naprawdę. Po prostu... - westchnął ciężko. - To był jej plan, chodziło o to, żebyś był zazdrosny,a  do tego... Ja byłem zazdrosny! Myślałem, że spałeś z tym... dupkiem - widać było, że cisnęły mu się na usta inne słowa, ale powstrzymał się z trudem przed wypowiedzeniem ich na głos.
- Nie spałem z nim... Nie tamtego wieczora, ani później... Mówiłem ci już, że to była głupota - stwierdziłem, bo wracanie do tego tematu było zdecydowanie mało przyjemne.
- Wiem... wiem wszystko. Ten kretyn złapał mnie pod cukiernią i ochrzanił o to, że "zepsułem wam zabawę", do tego kazał mi się od ciebie odpieprzyć! Rozumiesz ty to w ogóle?! Wpieprzyć to ja mogę, ale jemu! Tak solidnie - warknął aż chłodem powiało.
Spojrzałem na jego zaciętą minkę i złote oczka, które zrobiły się teraz zdecydowanie zimne mimo swojej pozornie ciepłej barwy i uśmiechnąłem się szeroko.
- Słodko wyglądasz kiedy się tak wściekasz. Do tego ta zazdrość... - podsumowałem.
- Ja wcale nie jestem zazdrosny - fuknął i przycichł, choć widać było, że aż nim nosi.
- Tak, tak... Oczywiście - przyciągnąłem go do siebie i objąłem gładząc po włosach. - Mój słodki, zmarznięty, zazdrośnik... - wymruczałem i skubnąłem jego ucho. - A teraz chodź... pomogę ci wnieść zakupy.
- Tak... dobrze - wymamrotał i razem zeszliśmy do auta, które stało, nieco krzywo zaparkowane, pod domem.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej, że... no, że do niczego między wami nie doszło? - spytał, kiedy staliśmy już w kuchni, rozpakowując torby. - Wiedziałeś, że się o to złoszczę...
- Nie wiedziałem, ze to miało dla ciebie aż takie znaczenie, a poza tym... Nawet gdybym ci tak po prostu powiedział, to uwierzyłbyś od tak? - zapytałem w zamian.
- Ja... - zawahał się. - To nie tak, że ci nie ufam, ale...
- No właśnie. Raczej takie odmawianie do mnie nie pasuje, nie? - wstawiłem wodę na gaz. - Poza tym... Sam jakoś nie bardzo jestem w stanie uwierzyć ile już ciągnę na celibacie - zaśmiałem się, bo to było wręcz dziwaczne.
-To znaczy...? - spytał Julien z lekkim wahaniem.
- To było jeszcze jakoś przed tą pamiętną imprezą, po której dałeś mi malowniczego kosza... - oznajmiłem. Tak, tamten kosz dalej bolał, choć teraz zdecydowanie mniej.

1 komentarz:

  1. Bardzo dobrze palaczu, ten tyłek jest twój a ty musisz pogodzić się z warunkami jego właściciela. Wyjdzie ci na zdrowie. Jaki on stanowczy, bardzo dobrze, nie daj się tygrysie. Mała zamieć ma dobrego nosa? To oczywiste, w końcu to mój kociak. <3 Moja umiłowana Skandynawia się złości, nie chciałabym widzieć miny tego dupka jakby jednak dostał. Rzeczywiście długo niedźwiadek jest na poście, ciekawe ile jeszcze wytrzyma mając w domu takiego cukiereczka. :*

    OdpowiedzUsuń