- Siadaj - poprosiła moja mam i wskazała miejsce, które zawsze, jak nakazywała tradycja, stało puste dla niespodziewanego gościa.
W naszym domu to miejsce czasami się przydawało. Czasami do drzwi pukała sąsiadka, którą dorosłe już dzieci zostawiały na święta samą. Kobieta przychodziła jedynie połamać się z nami opłatkiem, ale mama zawsze nakłaniała ją do zostania na całej kolacji. Innym razem był to znajomy mamy z pracy. Taka już była moja rodzicielka. Przygarnęłaby każdego i to nie tylko w Wigilię. Czasami mnie to irytowało. Ludzie mieli w zwyczaju wykorzystywać dobroć innych, ale i... cieszyłem się, że taka jest.
Marika i moja mama nie pytały co się stało. Cieszyłem się z tego bardzo. Za to uszy zaczęły mi pękać, kiedy stary magnetofon znów ruszył i zaczęła z niego lecieć melodyjka skocznej kolędy. Mari z mamą zaczęły znów śpiewać, choć wychodziło im to bynajmniej źle. Miałem wrażenie, że robią to specjalnie, wiedząc, że mój słuch po tym krwawi.
- Ej! - krzyknęła na mnie Marika, kiedy zabrałem jej sprzed nosa butelkę z nalewką.
- Tobie to już starczy - rzuciłem i nalałem nieco Julienowi. - Spokojnie, to tylko słaba nalewka z aronii. Wyrób mamy - wyjaśniłem, kiedy spojrzał na mnie pytająco.
- Daj mi jeszcze! - ruda wstała i wybrała się po butelkę, którą wziąłem szybko z jej zasięgu.
- A w życiu! Znów będziesz wyć - przekomarzałem się z nią.
- Oddaj! Wylejesz! - stwierdziła polując na trunek dalej.
- Oni tak często? - spytał Julien moją mamę, spoglądając na nas z rozbawieniem.
- Od dziecka - zaśmiała się kobieta i wstała, żeby podać... druga butelkę.
- Naprawdę jesteście jak rodzeństwo - usłyszałem, kiedy Mari pokazała mi język w drodze odwetu.
- Mówiłem ci... kradła mi łopatki w piaskownicy.
- Ja, tobie? Chyba odwrotnie - i znów się zaczęło.
Przekomarzaliśmy się, rozmawialiśmy, nieco piliśmy, a Julien dał się nawet namówić na coś do jedzenia. Okazało się, że smakowała mu sałatka Mariki, z czego ruda była niebywale dumna. Musiała oczywiście podkreślić jak bardzo ja się nie znam. Wszystko jednak robiła z uśmiechem na ustach. W takich chwilach wracały wszystkie te chwile z naszego dzieciństwa, kiedy każde z nas miało swoje racje, a oczywiście oboje mieliśmy niewątpliwy charakterek i mama stała między nami godząc nas. Zawsze pojawiała się ta druga czekolada, która pozwoliła zażegnać choć jeden spór.
- Dobra! Skoro każdy już pełen, to czas zajrzeć pod choinkę! - stwierdziła Mari.
- Nic dla was nie mam... nie tutaj - stwierdził Julien z żalem.
- Nie ma sprawy, Pieszczoszku! Ja też miałam ci dać twój prezent jutro, ale skoro już jesteś to proszę - wręczyła mu pudełko.
- Dziękuję - białowłosy szarpnął lekko za kokardę, ale ruda go powstrzymała.
- Nie chcesz tego tutaj otwierać... wierz mi - rzuciła szeptem.
- Wiedziałem! To coś zboczonego! - warknąłem.
- Nie przesadzaj! Tobie też się spodoba - puściła mi oko. - Poza tym... jest i tak lepsze niż to co ty mu sprezentujesz.
- Masz coś dla mnie? - spytał chłopak, lekko chyba zdziwiony.
- Pewnie, ale... do tego musimy wrócić do domu - oznajmiłem.
- Ale nie wracacie dzisiaj, prawda? - tym razem do rozmowy wtrąciła się mama, która przyniosła paterę pełną ciasta, tak, żebyśmy jeszcze mogli posiedzieć przy czymś słodkim, choć wątpiłem, żeby ktokolwiek, cokolwiek w siebie jeszcze wcisnął.
- Ja... nie chciałbym robić kłopotu... - zaczął Julien, ale kobieta od razu mu przerwała.
- Ale co to za kłopot? - uśmiechnęła się ciepło. - Mieszkanie może i jest nieduże, ale pomieścimy się jedną noc.
- No chyba, że przeszkadza ci chrapanie Ariana - zaśmiała się Marika.
- Wcale nie chrapię! - zaprzeczyłem, ale zgasił mnie Julien.
- Owszem... chrapiesz - białowłosy zaśmiał się, a Mari zawtórowała mu z zadowoleniem.
- Dobra, dobra... - spojrzałem na niego uśmiechając się i lekko złapałem go za dłoń. - Wystarczy tych śmiechów ze mnie, co?
Marika zachichotała, na co puściłem dłoń Juliena i chwyciłem poduszeczkę, która cisnąłem w stronę dziewczyny.
Jeszcze dłuższą chwilę zajęło nam pozbieranie się od stołu. Mama przyniosła białowłosemu jakieś moje stare ubrania, z których na dodatek już wyrosłem. Jak wszystko tutaj, co zawsze miało swoje miejsce, były poskładane w równą kostkę. Nie wiedziałem po co mama trzyma tak wiele rzeczy, które nie były już przecież potrzebne, ale jak widać tym razem miały się przydać.
- Powinny pasować - stwierdziła kobieta i zaraz wskazała chłopakowi łazienkę.
- Dobra, dobra... - spojrzałem na niego uśmiechając się i lekko złapałem go za dłoń. - Wystarczy tych śmiechów ze mnie, co?
Marika zachichotała, na co puściłem dłoń Juliena i chwyciłem poduszeczkę, która cisnąłem w stronę dziewczyny.
Jeszcze dłuższą chwilę zajęło nam pozbieranie się od stołu. Mama przyniosła białowłosemu jakieś moje stare ubrania, z których na dodatek już wyrosłem. Jak wszystko tutaj, co zawsze miało swoje miejsce, były poskładane w równą kostkę. Nie wiedziałem po co mama trzyma tak wiele rzeczy, które nie były już przecież potrzebne, ale jak widać tym razem miały się przydać.
- Powinny pasować - stwierdziła kobieta i zaraz wskazała chłopakowi łazienkę.
Mamusia Arusia jest ideałem czy mi się wydaje? Też bym ostrożnie podchodziła do alkoholu, rozumiem Julcie. Nie mogę, ta ruda jest szalona. A mnie ciekawość zżera co jest w tym pudełku, ale się domyślam. :3 Tu jest naprawdę miło, zabierzcie mnie tam. <3
OdpowiedzUsuń