niedziela, 4 czerwca 2017

Rozdział XIV - Mały powrót smoka

Nikt chyba nie lubi pobudek po ostro zakrapianej imprezie. Ja też nie lubiłem. Światło było nieznośnie jasne nawet mimo przysłoniętych zasłonek, do tego świat wokół jeszcze nieco wirował, sprawiając, że łeb bolał do tego stopnia, że pulsowanie czułem aż w gardle, a ostatecznie i żołądku. Koszmar. 
Mimo jednak wszelkich niedogodności wstałem i usiadłem z głuchym jękiem na kanapie. 
Noc nie należała do najwygodniejszych, to trzeba było przyznać i zdecydowanie czułem to w kościach. Coś mi z resztą chrupnęło, kiedy mocniej się przeciągnąłem. 
Kątem oka dostrzegłem karteczkę leżącą na stoliku, tuz obok pustych butelek. Chwyciłem ją w dłonie i przeczytałem, mrużąc lekko oczy, bo jeszcze mnie piekły. No to czyli już nie musiałem szukać Juliena. Zastanawiałem się czemu tak rano czmychnął i czy wiele pamiętał z wczoraj. Ja pamiętałem wszystko i do tej pory było mi na samą myśl gorąco. Z jednej strony wiedziałem, że dobrze zrobiłem zostawiając białowłosego w łóżku samego, ale... Jakaś część mnie wściekała się niemiłosiernie, że było tak blisko i nic z tego nie wyszło. Stare nawyki...
Po prysznicu, butelce wody mineralnej z lodem i garści tabletek mogłem wreszcie zabrać się jako tako za sprzątanie. Niech będzie, że tym razem grzecznie się tym zajmę. Nie zajęło mi to wbrew pozorom zbyt wiele czasu. Wszedłem ponownie do łazienki, otworzyłem okno na oścież i zapaliłem papierosa. Znając życie Julien wyczuje dym i będzie marudził, ale jakoś na dwór było mi za daleko, a musiałem ugasić przynajmniej jednego głoda. Przysiadłem więc na szafce, starając się dmuchać w okno i nie przyglądać się swojemu niezbyt urodziwemu odbiciu. Zdecydowanie mój stan można by dziś opisać jako "zmaltretowany". Nie wyspałem się wcale...
Gapiąc się w lustro zdałem sobie sprawę z tego, że ogólnie... jestem nieco zbyt blady. Nie chodziło tu już nawet o poszarzałą ze zmęczenia twarz zdobioną worami pod oczami. Tatuaż na moim ciele znowu przybladł co działo się zdecydowanie szybciej niż to miało miejsce u przeciętnego człowieka. W końcu tam co najwyżej farbę grzało słonko, u mnie grzałem cały ja... I to intensywniej niż promienie słońca w upalne lato. Trzeba było coś z tym zrobić, szczególnie, że lubiłem swojego smoka.
Zgasiłem niedopałek i jak umiałem zatarłem ślady po swojej "zbrodni" po czym chwyciłem za telefon.
- No hej, masz dziś nieco czasu? - spytałem, kiedy w słuchawce odezwał się znajomy głos.
- Dużo roboty, co? - zaśmiał się mężczyzna.
- Jak zwykle - potwierdziłem i po krótkiej rozmowie mogłem zbierać się do wyjścia. 
Naskrobałem jeszcze wiadomość do Juliena, że wychodzę i w razie czego jestem pod telefonem, choć i tak znając Mari, to szybko go nie wypuści ze swoich szponów. 
Droga do najlepszego, moim skromnym zdaniem, tatuażysty w mieście, minęła szybko.
- No, no, no! Kogo my tu mamy! Arian wreszcie wychylił nos ze swej gawry i zaszczycił nas swoją obecnością! - zawołał Andrew ledwie wszedłem do jego salonu.
- Bardzo ci dziś przeszkadzam? - spytałem, tak dla formalności, nie, żebym sobie poszedł, nawet gdyby tak było.
- No... nieco, owszem. Ale tak dawno cię nie widziałem, że musiałem się przekonać czy żyjesz - zaśmiał się.
- Daj mu spokój - warknęła wchodząca do pomieszczenia dziewczyna.
- No hej Edi - uśmiechnąłem się do niej na co ona posłała mi całusa, tak na złość blondynowi.
- Moja wina, że się chłop zaszył w czterech ścianach? - tłumaczył się właściciel lokalu rozkładając potrzebny sprzęt, który w sporej części był już przygotowany.
Ja w tym czasie wygodnie ułożyłem się na fotelu.
- Nigdzie się nie zaszyłem - stwierdziłem, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że prawdą, to to nie było.
Ostatnimi czasy imprezy omijałem szerokim łukiem. W ogóle moje życie kręciło się od świąt wokół Juliena i tylko niego. Po prawdzie to nawet nie ciągnęło mnie do powrotu pośród tłumy ludzi, picia i... znajomości na jedną noc. 
- Ari zwyczajnie się ustatkował, ty też byś mógł - syknęła dziewczyna i zarzuciła na plecy długie, splecione w warkocz włosy.
Edith i Andrew byli ze sobą... odkąd pamiętam. A konkretniej niby byli, bo co i rusz kłócili się, rozstawali, po czym wracali do siebie. Cały czas któremuś coś nie odpowiadało, a że byli aż nazbyt podobni, to o prawdziwe wojny było nietrudno. W ich przypadku nawet Marika straciła już rachubę, a to był wyczyn, bo ona na temat związków wiedziała wszystko i zawsze potrafiła wyczaić kto z kim i od kiedy. Taki już miała talent. 
- No widzisz! Bierz ze mnie przykład! - poradziłem mu i syknąłem, kiedy przyłożył maszynkę do mojej skóry bez ostrzeżenia. 
- No... to jaka jest ta twoja królewna? - spytał, nie przerywając pracy, której i tak dziś nie miał szans skończyć. 
- Gdybyś słuchał, co się do ciebie mówi, to byś wiedział, że to "królewicz", nie "królewna" - wcięła się Edith.
- Powinienem pytać skąd każdy taki zorientowany czy od razu iść urwać łeb Marice? - odezwałem się.
- Oj tam, to nie jej sprawka... plotki szybko się rozchodzą, wiesz przecież. Szczególnie kiedy znika ktoś, kogo wiecznie było wszędzie pełno - usłyszałem.
- Tia, podejrzewam - burknąłem, bo coś czułem, że jeszcze nie raz usłyszę milion i jedno pytanie pod tytułem "Co się z tobą dzieje?".
- Nie martw się. Nic poza zawodami w rzyganiu na odległość, w których mój ukochany, odpowiedzialny mężczyzna, brał oczywiście udział, cię nie ominęło - Edi uśmiechnęła się tak słodko, że było to aż przerażające.
Zaśmiałem się słuchając dalszych przekomarzań. W międzyczasie oczywiście padło jeszcze kilka pytań, na które tym razem musiałem odpowiedzieć. Najciekawsze było jednak to, że wcale nie było mi się tak trudno przyznać do tego, że związek z Julienem mi zwyczajnie pasuje. Sądziłem, że... sam nie wiem... będę miał jakieś przed tym opory. W końcu do niedawna coś takiego było dla mnie totalną abstrakcją. Owszem... czasami przeżywałem męczarnie, ale jakoś tak, nie gasiło to mojego zapału.
- Dobra... na dziś starczy - zarządził Andrew i odłożył maszynkę. Edith, która przysiadła się, aby pomóc, poszła w jego ślady. 
- Poboli i przestanie - stwierdziła nakładając opatrunek.
- Dzięki - rzuciłem akurat kiedy rozdzwoniła się moja komórka. - Już wracam do domu, będę za kwadrans - stwierdziłem, bo dzwonił nie kto inny jak Julien. 
Uregulowałem rachunek, wsiadłem na motocykl i ruszyłem w drogę. Trzeba było wreszcie nieco pogadać z Julcią o poprzednim wieczorze...

1 komentarz:

  1. Wprawiony alkoholik, nic go nie rusza. Przykro bardzo za trudną nockę, życie jest pełne poświęceń. Cóż za zbrodnia, jeden fajek, może cię mała zamieć nie zmiecie z powierzchni ziemi za to. I zdecydowanie popraw smoka bo musi być. On to ma wszędzie kontakty, ale to dobrze, gdyby coś się stało np. Julka porwała mafia to ma się do kogo zgłosić po odebranie prywatnej armii. <3 No, pupilek poprawiony (w pewnym stopniu) i trzeba wracać do królewny. <3

    OdpowiedzUsuń