niedziela, 2 lipca 2017

Rozdział XVI - Dobijająca dawka absurdu...



Absurd zaistniałej sytuacji dosłownie mnie dobijał… Po prostu dobijał. Inaczej nie potrafiłem tego opisać, a na dodatek nawet nie chciałem. Bo niby jak inaczej można nazwać wymianę zdań, jaka miała miejsce przed chwilą, jeśli nie dobijającą dawką absurdu?
Stałem w tej cholernej kuchni przed człowiekiem, z którym naprawdę nie miałem ochoty się w żaden sposób kłócić i słuchałem jak to mam jakieś debilne tajemnice, a w ogóle to ciepłe kluchy ze mnie i może byłoby lepiej, gdyby wrócił mi temperament… Idealnie… To czego on w końcu chciał? Starałem się, żeby był zadowolony. Dbałem o niego. Szedłem na cholerne kompromisy. A wszystko to dlatego, że mi na nim zależało. Chciałem go mieć przy sobie. Okazało się, że było zwyczajnie źle!  A nie, chwila… niby było dobrze, bo on wszystko robił z troski o mnie, ale jednak źle, że nie pieprznąłem mu przy tym czasami, tak dla jebanej zasady. Za to miałem jak potulny piesek przyleźć i wyszczekać grzecznie wszystko odnośnie mojej pracy, bo on się martwił, a w ogóle to sobie tego zwyczajnie życzył! Genialne!
- Gdzie pracujesz? – padło w końcu. Znowu…
- Nie. Twój. Interes. – wycedziłem.
- Arian!
- Sam tego właśnie chcesz. Tego warczącego mnie, który ma w dupie innych. Niedostępny, tajemniczy i groźny, jak cholerny lew w cyrku, którym jarają się ludzie, mając nadzieję, że upierdoli treserowi łeb na ich oczach – rzuciłem. – To masz! Ciesz się!
Ruszyłem do sypialni i zacząłem się w pośpiechu ubierać uważając przy tym, żeby nic nie zjarać, a byłem tego bliski. Julien oczywiście przyszedł za mną, wciąż ziejąc chłodem.
- Co ty wyprawiasz? – spytał wielce oburzony, kiedy chwyciłem leżące na szafce nocnej kluczyki.
- Odwracam się i wychodzę. Wedle zaleceń jaśnie pana – stwierdziłem i ruszyłem w stronę drzwi.
Nie miałem najmniejszej ochoty tu zostawać. Po co niby? Dość się już nasłuchałem.
- A… - rzuciłem, odwracając się do niego, zanim jeszcze wyszedłem – i tak dla twojej wiadomości. Wiesz o mnie i o tym, jaki jestem jedno, wielkie gówno. Szczególnie jeśli chodzi o mój stosunek do osób, które – urwałem i prychnąłem, zdając sobie sprawę z tego, że to, co chciałem przez ułamek sekundy powiedzieć, jest jeszcze bardziej absurdalne. Szczególnie teraz. – Mniejsza… To i tak mało ważne.
Wyszedłem, trzaskając drzwiami, żeby choć trochę wyładować swoją złość. Słyszałem jeszcze, że mnie wołał, ale miałem tego dość. Wsiadłem na motocykl i wyprułem w miasto, mając nadzieję, że pęd i zimny wiatr smagający moją twarz, dadzą mi chwilę ukojenia.

- Julien znów dzwoni… - zakomunikowała Marika.
- To odbierz – burknąłem, nie mając pojęcia po co mi to mówi.
Siedzieliśmy w niezbyt ruchliwym lokalu. Na szczęście, bo im więcej ludzi, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś niewłaściwy się do mnie przyczepi, a byłem w takim stanie, że mogłoby być ciężko cokolwiek z delikwenta zebrać.
- Nie chcę go okłamywać, mówiąc, że nie wiem gdzie jesteś i co się z tobą dzieje…
- To wyjdę… Nie będziesz wiedziała, nie będziesz kłamać. Wszyscy szczęśliwi – warknąłem i wstałem.
- Nie to miałam na myśli! – rzuciła szybko i złapała mnie za rękaw, dbając, by nie dotknąć mojej dłoni i się nie poparzyć. – Ari proszę… Porozmawiajcie na spokojnie. Może naprawdę dobrze byłoby mu powiedzieć gdzie pracujesz…
- Po kiego chuja? – wydarłem się. – Wystarczy mi to jak ty i matka wisiałyście nade mną, marudząc jakie to niebezpieczne, jak to powinienem przestać. Niepotrzebne mi jeszcze, żeby on robił to samo. Chociaż chwila. Obecnie to będzie pewnie zajebiście zadowolony, że jednak nie jestem taką miękką fają i zarabiam na życie, posyłając ludzi na urazówkę. Z czego za cholerę nie wiem co gorsze!
- Przesadzasz… - stwierdziła, na co zwyczajnie się zaśmiałem.
- Szkoda, że nie słyszałaś jego wywodu na temat mojej osoby. Uśmiałabyś się.
Telefon znów zaczął dzwonić, wygrywać uparcie melodię, której miałem już dość.
- Odbierz wreszcie, a ja spadam… - oznajmiłem i tym razem nie pozwoliłem, żeby mnie zatrzymała.
- Będziesz chociaż jutro na uczelni? Zobaczysz się z nim? – spytała jeszcze.
- Nie wiem… Muszę się zastanowić. – Wyszedłem i skierowałem się na parking. Pasowało rozejrzeć się za jakimś noclegiem…

1 komentarz:

  1. Ja rozumiem że chcesz go chronić i w ogóle, ale to nie działa tak. No i wyszło, wredny się zrobił. No idź idź, tylko znowu sobie nie spal wszystkiego. Jakie to zbulwersowane, ogarnij dupę i porozmawiaj z nim. -.- No nie omeg, nawet na noc nie wróci, znowu to napisze. Zero wyczucia.

    OdpowiedzUsuń