niedziela, 2 lipca 2017

Rozdział XVI - Godzina prawdy

- Powiedziałem, żebyś mnie zostawił - warknąłem i trzepnąłem go po łapach, by wreszcie móc się wyswobodzić z tego cholernego uścisku.
Co on sobie wyobraża? Myślał, że wystarczy zająć łazienkę na te piętnaście minut, by mi opadły wszystkie nerwy? Naprawdę? Nawet nie ma pojęcia, jak bardzo się mylił. Poza tym nawet nie jestem do końca pewny, czy on rozumie o co dokładnie jestem zły, bo to wcale nie było tak, że nie miałem ochoty już nigdy więcej poczuć jego dotyku na skórze. Nie przestałem go także darzyć szczerą sympatią, jednak pewne kwestie skumulowały się we mnie i wywołały falę irytacji. Doprawdy... Co się z nim stało? I co, przestał mi ufać?
- Dowiem się w końcu gdzie pracujesz czy nie? - spytałem raz jeszcze, dosypując cukru do obu kubków z kawą. Tym razem obie były czarne, jak smoła. Nie miałem w tym momencie ochoty zasłodzić się kubkiem mleka z cukrem, chciałem i potrzebowałem ogromnego zastrzyku kofeiny. Choć jakby się głębiej zastanowić to praktyczniejsza okazałaby się melisa, bo zaraz urwę mu łeb.
- Mówiłem ci już, że to nie twoja sprawa. Błagam, Julien, skończ już ten temat i zjedzmy śniadanie, jak ludzie - westchnął i znów spróbował się do mnie zbliżyć, jednak tym razem dostał po łapach już na starcie, kiedy tylko wyciągnął ręce w moim kierunku.
- Co to ma w ogóle znaczyć, że mi nie powiesz? Nie ufasz mi? Skoro to praca powinieneś mi się nią pochwalić, nie sądzisz? I to już cholernie dawno temu - wywarczałem przez zaciśnięte zęby i ogarnął mnie chłód.
- Nie musisz wiedzieć wszystkiego. Będzie ci milej w nieświadomości, uwierz mi.
- W dupie to mam, chcę wiedzieć. Wychodzisz o jakiejś chorej godzinie w Nowy Rok, twierdząc, że to praca cię wzywa, a wracasz nad ranem z obitą twarzą. Myślisz, że się nie martwię? - odstawiłem głośno kubek na blat, po czym odwróciłem się do niego przodem. - Jakieś debilne tajemnice, które stajasz się zataić wszelkimi siłami, a jednocześnie zachowujesz się, jak jakaś ciepła kluska. Rzygam tym całym "zmarzluchem", rozumiesz? - zacisnąłem palce na blacie, nie przestając cały czas mierzyć go wzrokiem. Pod palcami poczułem szron, a po chwili w jego następstwie także lód. Nie było dobrze, zdrowo się wkurzyłem.
- Naprawdę wolisz być nazywany tlenionym konusem? - spojrzał na mnie tak, jakbym co najmniej mówił do niego po niemiecku z francuskim akcentem.
- Nie rozumiesz. Nie chodzi tu o konusa, chodzi o Ciebie jeszcze sprzed paru tygodni.
- Sam goniłeś mnie o fajki. Sam chciałeś, żebym siedział w domu, a nawet zaczął brać na poważnie uczelnię, a teraz Ci nie pasuje?
- Chciałem się o Ciebie zatroszczyć. Weszliśmy w cudowny etap, byłeś i wciąż jesteś dla mnie najważniejszy. Nie chciałem, by coś ci się stało, żebyś był chory i inne tego typu pierdoły. Chciałem cię trzymać od tego całego syfu z daleka, ale nie spodziewałem się, że zatracisz się w tym aż tak mocno. Gdzie moja wiecznie wkurwiona pochodnia?- złapałem się na tym, że złość w pewnym stopniu opadła, ale to jeszcze wcale nie znaczy, że kompletnie się zatraciła. Dalej się we mnie tliła, dalej byłem gotowy na wybuch, tylko w tym momencie w wypowiadanych przeze mnie słowach przeważył żal, smutek i melancholia.
- Dobra... Nie rozumiem. Mam ci przyłożyć czy warczeć? A może jednak zachować powagę i dbać o te wszystkie bzdety?
- Zgubiłeś swój temperament. Doceniam wszystko co dla mnie zrobiłeś, ale nie gub w tym siebie. Przecież Cię znam i prawdziwy ty ma cięty język, wybuchowy temperament. Tymczasem ty teraz walisz mi jakimiś "zmarzluchami" co pięć minut i choć na początku uważałem to za urocze, tak teraz jest nie do wytrzymania. Nie zrozum mnie źle, jesteś kochany, ale jakbym chciał nurkować w cukrze co dzień, to zamieszkałbym w cukiernicy, a nie z tobą.
- Moja wybuchowość nie jest niczym przyjemnym i kończy się tym, że ktoś dostaje po mordzie. Tego chcesz?
- Bądźmy szczerzy: i tak mi nic nie zrobisz. Chwyciłeś mnie mocniej za rękę, po czym zacząłeś przepraszać... Sądziłem, że się odwrócisz i wyjdziesz. Ciepłe kluchy wychodzą z Ciebie coraz mocniej.
- Nie mam ochoty sprawdzać czy to prawda. Musiałbyś mnie wkurwić, to ci się jeszcze nie udało i oby tak zostało.
- Zrozumiałeś już co mam na myśli? - zacisnąłem palce mocniej, a blat aż zaskwierczał pod nową warstwą lodu.
-Ta... Podejrzewam, że tak - mruknął tak, jakby wcale nie miał ochoty się do tego przyznać.
- Więc do rzeczy, wybiła godzina prawdy - zmrużyłem mocno oczy, nie mając zamiaru ustępować. - Gdzie pracujesz?

1 komentarz:

  1. Dobrze, nie daj się. Bardzo dobrze, wygarnij mu, pokaż że nie ma tak łatwo i nie ma prawa być żadnych tajemnic. Bardzo dobrze, powiedz mu wszystko, mi też się nie podoba że robi się z niego ciepła klucha. Bardzo dobrze! Ma powiedzieć bo jak nie to zamrozisz mu całe mieszkanie. XD

    OdpowiedzUsuń