piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział XVII - Cała prawda o mojej sławie.



Kiedy Julien wpadł mi w ramiona syknąłem mimowolnie. Widziałem jak odskoczył, czułem jak ułożył mi na twarzy swoją chłodną dłoń. To jednak nie pomagało… Wręcz przeciwnie jego chłód tym razem sprawił tylko tyle, że zrobiłem się jeszcze bardziej gorący. Mamrocząc pod nosem kolejną wiązankę przekleństw ruszyłem do łazienki.
- Ari… - jęknął Julien i ruszył za mną.
- Nic mi nie jest – burknąłem i wziąłem kilka głębszych wdechów żeby się uspokoić. – Mógłbyś okno otworzyć? Nie chcę nic zjarać… - rzuciłem jeszcze do chłopaka, a on zrobił szybko o co prosiłem.
Widziałem kątem oka Marikę, która przyglądała nam się wystraszona, ale nie podchodziła nie chcąc przeszkadzać. Z resztą wiedziała, że gdyby teraz próbowała mi pomóc zwyczajnie bym ją poparzył. Już nie raz widziała mnie w podobnych sytuacjach.
- Pomogę ci… - zaoferował Julien kiedy zacząłem z sykiem ściągać ubrania. Jak dorwę tego skurwiela, który mi wyjechał to tak go urządzę, że moja wkurwiona morda będzie ostatnim, co w życiu zobaczy zanim się usmaży żywcem….
- Zostaw… - burknąłem. – Dam sobie radę. Wezmę prysznic i będzie dobrze.
Widziałem jak białowłosy stał jeszcze chwilę blisko mnie, wahając się, ale w końcu wyszedł, a ja mogłem zamknąć za sobą drzwi, szybko, tak by nie przysmażyć klamki, rozebrać się i wleźć pod strugę lodowatej wody, która przyniosła mi wreszcie ulgę.  
Kiedy wyszedłem i stanąłem przed zaparowanym lustrem, a moje ciało miało już znośną temperaturę, obejrzałem się dokładniej. Na szczęście nic sobie nie połamałem, ale już poodzierałem się zajebiście. Zaczynały mi już wyłazić spore sińce, a i kilka blizn pewnie będę musiał doliczyć do wizerunku, szczególnie na ręce powyżej łokcia i na piszczeli. Pięknie…  
Kilka głębszych oddechów i mogłem wyjść do zmartwionego Juliena. Znaczy pierw do sypialni po spodnie, bo niekoniecznie uśmiechało mi się paradować przed Mariką w ręczniku. Nie, żeby mi osobiście to przeszkadzało, ale już Julienowi mogło…
- Trzeba to opatrzyć… -  stwierdził, kiedy zobaczył, że mało co sobie robę z otarć, na których przed chwilką dosłownie zdążyły się zrobić strupy, z których niektóre przesiąkały jeszcze krwią.
- Nic mi nie będzie… - stwierdziłem i przyciągnąłem go do siebie. Teraz jego chłodek był dobry… i zdecydowanie mi potrzebny, bo mogłem się do końca uspokoić… No przynajmniej na tyle, na ile byłem w stanie w obecnej chwili. – Po prostu jakiś skurwiel mi wyjechał i… będę musiał odstawić Lalunię do naprawy.
Z chęcią dodałbym też, że czeka mnie jedno morderstwo, ale może lepiej by było Juliena o takich rzeczach nie informować wprost…
- No już, już… nie martw się – pogłaskałem go po włosach i pocałowałem.
W końcu wyszliśmy do salonu. Mari czekała cierpliwie. Oczywiście też musiała mnie wypytać co się stało i tak musiałem oboje zapewniać, że nic mi nie jest, a kilka zadrapań więcej nie robi mi różnicy. Co jak co, ale bywałem bardziej poobijany… 
W końcu zadzwoniłem po mechanika. Rikki przyjechał szybko i zabrał moje maleństwo. Obiecał przy tym, że będzie jak najszybciej. Odetchnąłem z ulgą. Julien jednak nie koniecznie, bo lepił się do mnie zmartwiony cały wieczór. Nie omieszkałem tego wykorzystać i z przyjemnością zacząłem go całować, to znów pchać łapy w milutkie miejsca, oczywiście dostałem ochrzan za używanie poobijanej ręki, ale co tam.
Sobotni dzień spędziliśmy spokojnie. Lekko popołudniu  Rikki przywiózł mi Lalunię. Nie zdziwiłbym się, gdyby grzebał przy niej całą noc. On jeden wiedział ile ten motocykl dla mnie znaczył. Miałem ochotę go za to autentycznie wyściskać. Zamiast tego żarliwie mu podziękowałem i dołożyłem kupę kasy do rachunku choć się przed tym bronił. Na co, jak na co, ale na moją ślicznotkę wydałbym każde pieniądze…
- Chyba jestem zazdrosny – stwierdził Julien kiedy uważnie oglądałem motocykl czule go przy tym głaszcząc.
- Nie martw się, całujesz lepiej niż ona – puściłem mu oko na co westchnął i pokręcił głową.
Przerwał nam mój telefon. Kiedy zobaczyłem numer mendy Tarixa warknąłem pod nosem tak z czystej irytacji. Ten to zawsze potrafił wybrać idealny moment.
- Z góry mówię, że masz się odpierdolić – rzuciłem ledwie odebrałem.
- Ari, błagam nie rozłączaj się! – krzyknął. – Naprawdę cię tu dziś potrzebuję… Mamy gościa z zagranicy, facet choruje na twoim punkcie, chce się z tobą zmierzyć. Wyłożył na blat taką kasę, że jak to wypali, to będziesz mógł sobie pół roku siedzieć na wolnym – mówił szybko.
Myślałam chwilę nie słuchając już za bardzo szczebiotu tego idioty… Na ścisłe… przydałoby się komuś ryj obić, szczególnie jeśli w grę wchodziły spore pieniądze.
- Dobra… niech ci będzie, że za godzinę przyjadę – rzuciłem.
- Znowu praca? – spytał Julien. – Musisz dziś? Przecież wczoraj miałeś wypadek…
- Nic mi nie jest – zapewniłem znowu. – Wszystko ze mną dobrze. Wrócę niedługo.
- Ale… - zaczął i spojrzał w bok widocznie znowu walcząc z chęcią wygarnięcia mi tego i owego lub przynajmniej wypytywaniem o szczegóły.
- Nie dasz mi spokoju i będziesz tu siedział i się zamartwiał, co? – prychnąłem krzyżując ręce na piersi i opierając się o motocykl.
- Czy to źle, że się martwię o ciebie? – spytał mierząc mnie wzrokiem.
- Niby nie… - burknąłem i przyciągnąłem go do siebie. – Ja zwyczajnie wiem jak zareagujesz na moją robotę…
- Skąd niby? Nie będziesz miał pewności jak zagreguję, póki mi nie powiesz co robisz… - stwierdził hardo i oparł dłonie na mojej klatce piersiowej.
Sapnąłem niezadowolony z faktu, ze ten temat znów jest poruszany, ale cóż… to było do przewidzenia.
- Dobra –sapnąłem zrezygnowany. Nie chciałem kolejnej kłótni. – Wygrałeś… Pokażę ci co robię. Ale ostrzegam. Nie wolno ci rozmawiać ani o mojej robocie, ani o miejscu, do którego cię zabiorę czy kimkolwiek, kogo tam zobaczysz. Rozumiemy się?
- Dobrze – powiedział poważnie.
Kiedy jechaliśmy pod podesłany mi przez Tarixa adres wciąż nie byłem przekonany do tego pomysłu. W pewnej chwili wręcz uważałem się za idiotę, że ciągnę Juliena ze sobą… Kłopot był jednak taki, że w końcu do tego dojść musiało… szczególnie jeśli mieliśmy być razem, a ja chciałem z nim być i nie uśmiechały mi się kolejne burze… Co prawda było spore prawdopodobieństwo, że jedną właśnie sam sobie szykowałem, ale trudno…
Na miejscu ludzi było sporo. Jak zwykle widownia nieźle się już nakręciła zanim przyjechałem. Większość ludzi witała się ze mną radośnie. Julien szedł za mną widocznie niepewnie. Uważnie się przy tym rozglądał.
- Poczekaj tu – poprosiłem go wciąż nie do końca przekonany do tego pomysłu. – Pamiętaj, że gdyby nie wiem co się działo, ja dam sobie radę, więc się nie denerwuj.
Julien przytaknął tylko, a ja ruszyłem się przebrać, a raczej zwyczajnie prawie rozebrać, bo na matę wszedłem w samych spodniach. No dobra… miałem jeszcze dłonie ściągnięte bandażami, ale to się nie liczyło.
Moja przyszła ofiara już na mnie czekała. Facet był mojego wzrostu i tylko nieco lepiej zbudowany, miła odmiana po wszystkich tych drabach, którymi mnie straszono, do tego szczerzył się do mnie jak mysz do sera. Interesujące… Chociaż nie, jednak nie szczególnie.
Długonoga blondynka w kusych ciuszkach szybko nas przedstawiła, tak dla formalności, bo wszyscy zebrani byli dobrze doinformowani, i mogliśmy zaczynać. Żaden z nas się nie kłaniał, nie było podawania sobie rączek czy umownych grzeczności. Byliśmy tu po to, żeby stoczyć walkę i to na własnych zasadach. Fałszywe koleżeństwo nie interesowało nikogo.
On zaczął pierwszy, niecierpliwie wyprowadził kilka ciosów, które nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, wręcz odgryzłem się lewym hakiem czego się nie spodziewał, bo zarobił ślicznie w szczękę. Szybko się jednak otrząsnął i wziął poprawkę na moją szybkość. Zdecydowanie dobrze ocenił też mój stan, bo większość ciosów wyprowadzał na prawą stronę, tak więc zarobiłem niezłego kopniaka w prawy bok, tam, gdzie bolało najmocniej. Zaraz później zarobiłem i drugi raz. Karą za moją opieszałość było to, że zostałem zepchnięty do defensywy i musiałem się skupić na unikaniu kolejnych ciosów. Nie koniecznie było kolorowo, a moich uszu dobiegło sporo najróżniejszych krzyków. W tym krzyk Juliena. Spojrzałem szybko w jego stronę co przypłaciłem przyjęciem kolejnego uderzenia. Najgorsze było jednak to, że jakiś drab wystartował do białowłosego z łapskami. Nie wiem czy chciał go powstrzymać przed podejściem do maty czy co zrobić, ale sam fakt, że go dotknął sprawił, że wściekłem się niemiłosiernie. W tej chwili wszystko przestało mnie boleć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… Wkurw zrobił swoje.
- Dobra, kurwa, trzeba to kończyć – warknąłem pod nosem i przyjąłem kolejny cios tylko po to, żeby złapać ramię przeciwnika i wyprowadzić solidny cios łokciem w jego szczękę. Zaraz szarpnąłem jego ramiona w dół i z całej siły trzasnąłem kolanem w jego mostek. Ciało mężczyzny opadło, a ja wyskoczyłem z ringu popędziłem do draba, który akurat odwrócił się do mnie tyłem i chciał popchnąć Juliena. Niedoczekanie jego.
Moja stopa wylądowała w zgięciu jego kolana. Usłyszałem wręcz jak jego kość chrupnęła nieprzyjemnie. Facet opadł na kolana przed Julienem, a ja szarpnąłem jego kark i zrównałem jego mordę z posadzką.
- Nikt nie dotyka tego, co należy do mnie! – ryknąłem zanim fagas odpłynął do krainy snów. Sądząc po tym jak wyglądała teraz jego facjata, możliwe, że wiecznych.
Wstałem i otoczyłem Juliena ramieniem dając zgromadzonym jasny znak, że jak ktoś go ruszy, to nogi z dupy powyrywam w znaczeniu dosłownym…
- Upewnij się, że on wstanie albo przynajmniej będzie miał kto za niego zapłacić – rzuciłem do Tarixa, wskazując na mężczyznę którego zbierali z maty. Szczur cofnął się mimowolnie w chwili, w której przeniosłem na niego spojrzenie.
Wciąż trzymając Juliena przy sobie ruszyłem do niedużego pomieszczenia, które robiło tu za szatnię. Usiadłem na ławce i zacząłem odwijać zakrwawione bandaże z dłoni czekając na jego reakcję.

1 komentarz:

  1. A więc nowa ksywka, syczek. <3 Jakie groźby Arienku... Oględziny wyszły sprawnie, chyba ma wprawę. ^^” Też bym go wypytywała, co on myśli że nie? W milutkie miejsca... Hmm...? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    I prawidłowo, trzeba uważać na siebie jak się jest po wypadku. Ale są rzeczy ważne(ręka) i ważniejsze(kochanie). Jaki hojny, głaszcz swoje kochanie. XD Nie mów mi że on całował nawet ten motocykl kiedyś. :O Jaka desperacja tego fonguya. XD On jest sławny. Zza granicy gościu? No dobra, biały się martwi, ma racje. Dobra, mam syndrom ameby bo pacze się i uśmiecham. No to jedźmy. :D Jak się ładnie przygotował. :3 Ooo... Wkurzył się że ktoś tyka to co jego? No Julka się nie rusza, drogi towar. <3 Bardzo dobrze! Trzeba bronić takiego diamencika. Otoczył go takim fortem obronnym że chyba nikt już się nie odważy podejść. ;) No ciekawe, pewnie będzie wielkie lamentowanie. : D

    OdpowiedzUsuń