Przez całą drogę nawet nie uchyliłem
powiek, przeciwnie – wciąż trzymałem je mocno zaciśnięte, tak
strasznie się bojąc choćby zerknąć na zmieniające się szybko
obrazy. Trzymając się mocno chłopaka mało obchodziło mnie, co ten
może sobie o mnie pomyśleć. Pewnie jak zwykle mnie wyśmieje, ale
miałem to gdzieś. Nie chce mi się wierzyć, że podczas swojej
pierwszej jazdy w życiu nie bał się ani trochę! Chyba każdy
czasem odczuwa strach, nawet taki prymityw. Ups, miałem skończyć z
żartami o ewolucji... jakoś ciężko mi z nimi bezpośrednio
zerwać. Może też dlatego tak ciężko było mi uwierzyć, że
dojechałem cało na miejsce. Naprawdę to już? Powoli otworzyłem
jedno oko, potem drugie? Serio już.
- Już..? - poczułem, jak mój głos
drży i kopnąłem się za to mocno w duchu. Niepewnie go puściłem
i jakiś taki cały drżący ściągnąłem kask. Faktycznie...
byliśmy na miejscu. On nie żartował... te sms'y zawierały w
sobie część prawdy.
Nie poprawiło to mojego nastroju,
który uległ gwałtownego pogorszenia w chwili, gdy dosiadłem tę
jego ukochaną maszynkę. Swoją drogą, też mi coś. Jak taki gbur
pała miłością nieskończona do motoru jest cacy, a jakbym ja
publicznie wyznał miłość maszynie do mielenia mięsa oskarżyliby
mnie o bycie świrem. I gdzie tu sprawiedliwość na tym świecie?
- Czyli starałeś się zdobyć mój
adres?
- Tak na wypadek jakbym jednak
chciał cię zamordować...
Prychnąłem w odpowiedzi i wstałem z
maszyny, wzdychając z wielką ulgą. Żyję! Alleluja!
- Nie zrobiłeś jednak wypadku!
- O wypraszam sobie!
- Jednak może umiesz jeździć –
uśmiechnąłem się przekornie, ostatni raz sprawdzając swoje
kieszenie. Wszystko miałem, wszystko było względnie okej, więc
chyba mogłem już iść.
Byłem ciekawy tylko po co tak naprawdę
był mój adres. Niby teraz jesteśmy kwita, w końcu byłem u niego
w mieszkaniu i zapamiętałem sobie jego numer oraz ulicę, ale to
wciąż nie to samo. Ja go nie szukałem, sam mnie tam zawlekł. Poza
tym miejsca, w których żyjemy różniły się od siebie o sto
osiemdziesiąt stopni. On na jednym, a ja na drugim końcu miasta. On
w mieszkanku, ja w domu z ogrodem. Ja ze zwierzętami i rodzicami, on
z tego co zauważyłem kompletnie sam. I w sumie... trudno było mi
osądzić, który z nas miał lepiej.
- Raczysz pojawić się na
poniedziałkowym wykładzie? - spytałem, licząc się z każdą
odpowiedzią.
- A co, pragniesz mojego
towarzystwa? Pożyjemy, zobaczymy.
- Jasne – przewróciłem oczami i
już z zamiarem odejścia rzuciłem szybko. - O 10 jest test z
ostatniego miesiąca, nie spóźnij się.
Po co ja mu to mówiłem? Przecież i
tak się spóźni. Pewnie nawet mnie nie posłuchał i jednym uchem
mu wleciało, a drugim wyleciało. Ale powiedziałem, chyba łudząc
się, że w ten podprogowy sposób rozpoczniemy naszą małą
terapię. Ech, a miałem się nie bawić w żadnego behawiorystę!
Dostrzegłem w nim to światełko, pokazał tę dobrą stronę, więc
może przy odrobinie chęci mi się uda? Właściwie nam, ale jest
mały haczyk: on też musi chcieć.
Żyjesz gadzie, ciesz się. Tak, Julien Terapeuta. Powodzenia z tym trudnym przypadkiem.
OdpowiedzUsuńNo, powodzenia Juleczku. Wierzę, że ci się uda. Ciekawa tylko jestem, jak to będzie z powrotem do domu naszego sopelka.
OdpowiedzUsuń