wtorek, 21 lutego 2017

Rozdział V - Haczyk

Przez całą drogę nawet nie uchyliłem powiek, przeciwnie – wciąż trzymałem je mocno zaciśnięte, tak strasznie się bojąc choćby zerknąć na zmieniające się szybko obrazy. Trzymając się mocno chłopaka mało obchodziło mnie, co ten może sobie o mnie pomyśleć. Pewnie jak zwykle mnie wyśmieje, ale miałem to gdzieś. Nie chce mi się wierzyć, że podczas swojej pierwszej jazdy w życiu nie bał się ani trochę! Chyba każdy czasem odczuwa strach, nawet taki prymityw. Ups, miałem skończyć z żartami o ewolucji... jakoś ciężko mi z nimi bezpośrednio zerwać. Może też dlatego tak ciężko było mi uwierzyć, że dojechałem cało na miejsce. Naprawdę to już? Powoli otworzyłem jedno oko, potem drugie? Serio już.
- Już..? - poczułem, jak mój głos drży i kopnąłem się za to mocno w duchu. Niepewnie go puściłem i jakiś taki cały drżący ściągnąłem kask. Faktycznie... byliśmy na miejscu. On nie żartował... te sms'y zawierały w sobie część prawdy.
Nie poprawiło to mojego nastroju, który uległ gwałtownego pogorszenia w chwili, gdy dosiadłem tę jego ukochaną maszynkę. Swoją drogą, też mi coś. Jak taki gbur pała miłością nieskończona do motoru jest cacy, a jakbym ja publicznie wyznał miłość maszynie do mielenia mięsa oskarżyliby mnie o bycie świrem. I gdzie tu sprawiedliwość na tym świecie?
- Czyli starałeś się zdobyć mój adres?
- Tak na wypadek jakbym jednak chciał cię zamordować...
Prychnąłem w odpowiedzi i wstałem z maszyny, wzdychając z wielką ulgą. Żyję! Alleluja!
- Nie zrobiłeś jednak wypadku!
- O wypraszam sobie!
- Jednak może umiesz jeździć – uśmiechnąłem się przekornie, ostatni raz sprawdzając swoje kieszenie. Wszystko miałem, wszystko było względnie okej, więc chyba mogłem już iść.
Byłem ciekawy tylko po co tak naprawdę był mój adres. Niby teraz jesteśmy kwita, w końcu byłem u niego w mieszkaniu i zapamiętałem sobie jego numer oraz ulicę, ale to wciąż nie to samo. Ja go nie szukałem, sam mnie tam zawlekł. Poza tym miejsca, w których żyjemy różniły się od siebie o sto osiemdziesiąt stopni. On na jednym, a ja na drugim końcu miasta. On w mieszkanku, ja w domu z ogrodem. Ja ze zwierzętami i rodzicami, on z tego co zauważyłem kompletnie sam. I w sumie... trudno było mi osądzić, który z nas miał lepiej.
- Raczysz pojawić się na poniedziałkowym wykładzie? - spytałem, licząc się z każdą odpowiedzią.
- A co, pragniesz mojego towarzystwa? Pożyjemy, zobaczymy.
- Jasne – przewróciłem oczami i już z zamiarem odejścia rzuciłem szybko. - O 10 jest test z ostatniego miesiąca, nie spóźnij się.
Po co ja mu to mówiłem? Przecież i tak się spóźni. Pewnie nawet mnie nie posłuchał i jednym uchem mu wleciało, a drugim wyleciało. Ale powiedziałem, chyba łudząc się, że w ten podprogowy sposób rozpoczniemy naszą małą terapię. Ech, a miałem się nie bawić w żadnego behawiorystę! Dostrzegłem w nim to światełko, pokazał tę dobrą stronę, więc może przy odrobinie chęci mi się uda? Właściwie nam, ale jest mały haczyk: on też musi chcieć.

2 komentarze:

  1. Żyjesz gadzie, ciesz się. Tak, Julien Terapeuta. Powodzenia z tym trudnym przypadkiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. No, powodzenia Juleczku. Wierzę, że ci się uda. Ciekawa tylko jestem, jak to będzie z powrotem do domu naszego sopelka.

    OdpowiedzUsuń