środa, 22 lutego 2017

Rozdział VI - Panienka z okienka

Co. Za. Dupek. Znowu koło mnie usiadł, znowu się nie przygotował, znowu musiałem uratować mu cztery litery długopisem. Czy ten chłopak myślał w ogóle o czymś przyziemnym? Bufon. W dodatku nie oddał mi tego długopisu... nie, żeby mi zależało, to w końcu tylko długopis. Sekundę przed tym, jak oddał pracę, kątem oka zerknąłem na jego kartkę. Wcale nie była taka pusta, lepiej... rozpisał się, cwaniaczek. Ciekawe, czy chociaż strzelił w temat, skoro przez ostatni tydzień w ogóle nie uważał na wykładach. Coś tylko bazgrał w tym swoim zeszycie, co na moje oko przypominało prędzej szkic tego, jak pani profesor tonie w jego płomieniach niż notatka na dany temat. I tak przez tydzień... Nie wiem, jak mu nie było szkoda czasu.
Pracę oddałem niecałe piętnaście minut po nim i również szybkim, acz w przeciwieństwie do niego cichym krokiem opuściłem salę. Potrafiłem uszanować to, że inni wciąż piszą, jednak bawił mnie fakt, że połowę grupy widziałem dziś rano jadąc autobusem. Te pełne rozpaczy głosy, szepczące między sobą, jaki to trudny materiał i ile to tego tam było, a tak naprawdę wystarczyło tylko poświęcić te parę minut dziennie na przyswojenie dziennej dawki materiału. W moim przypadku to co prawda nie była kwestia kilku minut, a kilku godzin dziennie, ale efekt powinien być taki sam. Racja? Racja. To po co tyle skamleć? A zresztą, pytania od tej babki zawsze były proste, więcej stresu jak to wszystko warte.
Przechodząc korytarzem, minąłem grupkę dziewczyn, które wyraźnie coś przeżywały, zatem nadstawiłem uszu, by co nieco usłyszeć.
- Mówiłam ci, że on jest jakiś niebezpieczny.
- Ten facet wyglądał, jak jakiś mafiozo.
- A ten jego ochroniarz..? Kupa mięśni...
Zaraz, zaraz, moment, co? Mafia, ochrona, niebezpiecznie wyglądający facet... dlaczego miałem wrażenie, że te panienki mówią o moim towarzyszu z sali egzaminacyjnej? Zszedłem dwa piętra w dół i wychyliłem się przez okno, skąd też właśnie zobaczyłem mężczyznę w ciemnym garniturze, wsiadającego do czarnego samochodu, którego wcześniej nie było na podjeździe. Niby nic specjalnego: czarny, błyszczący i czysty, ta cała puszka rudego nerwosola wyglądała mimo wszystko na dużo bardziej zadbaną i po prostu na ładniejszą. A skoro już o Amebie mowa, to właśnie z fajką ktoś tu stanął pod oknem. Może celowo chciał mi nadymić prosto w nos? Cholera go wie, był dziwny.
- Znowu się pakujesz w kłopoty? - zagadałem, opierając głowę na ręce. Jak śmiesznie było sobie tak na niego z góry popatrzeć, zwłaszcza kiedy tak nerwowo zarzucił głową, jakby szukając, z którego miejsca wyskoczyłem tym razem.
- Nie twój interes, wiesz? - warknął, przytykając fajkę do ust. Ale on będzie śmierdzieć..
- Już mój, jak coś ci się stanie będę świadkiem w sądzie.
- Mnie się nigdy nie dzieje nic złego, chociaż czekaj... przytrafiłeś mi się ty...
- Teraz już będzie tylko gorzej.
- Wierzę ci na słowo.
- Więc przyda ci się świadek. Kto to był?
- Powiedzmy, że mój menadżer.
- Chcesz mi wmówić, że bawisz sie w gwiazdę?
- Powiedzmy, że w pewnych kręgach owszem.
- Jak tajemniczo, nieprawdopodobne.
- To zwyczajnie coś, co takich jak ty nie powinno interesować.
- Takich jak ja?
- Grzecznych kurdupli.
Uśmiech na jego ustach sprawił, że fuknąłem z irytacji. Co za dupek. Mieć dziesięć czy tam piętnaście centymetrów mniej i już się dopieprzył do mojego wzrostu. Irytujący... ale ciągnąłem rozmowę dalej, nie wiem po co.
- Tych mniej grzecznych musi mieć ktoś na oku.

2 komentarze:

  1. Też byłam pod wrażeniem że coś tam nabazgrał. Ale oni sobie cisną, to słodkie. :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, co nabazgrał płomyczek, ale jestem pod wrażenie że w ogóle coś xD Pozostaje tylko nadzieja, że faktycznie strzelił w temat. Juleczek jest mimo wszystko kochany, że tak ratuje naszemu dresowi tyłek :D Te ich przekomarzanki są urocze.

    OdpowiedzUsuń