Co. Za. Dupek. Znowu koło mnie usiadł,
znowu się nie przygotował, znowu musiałem uratować mu cztery
litery długopisem. Czy ten chłopak myślał w ogóle o czymś
przyziemnym? Bufon. W dodatku nie oddał mi tego długopisu... nie,
żeby mi zależało, to w końcu tylko długopis. Sekundę przed tym,
jak oddał pracę, kątem oka zerknąłem na jego kartkę. Wcale nie
była taka pusta, lepiej... rozpisał się, cwaniaczek. Ciekawe, czy
chociaż strzelił w temat, skoro przez ostatni tydzień w ogóle nie
uważał na wykładach. Coś tylko bazgrał w tym swoim zeszycie, co
na moje oko przypominało prędzej szkic tego, jak pani profesor
tonie w jego płomieniach niż notatka na dany temat. I tak przez
tydzień... Nie wiem, jak mu nie było szkoda czasu.
Pracę oddałem niecałe piętnaście
minut po nim i również szybkim, acz w przeciwieństwie do niego
cichym krokiem opuściłem salę. Potrafiłem uszanować to, że inni
wciąż piszą, jednak bawił mnie fakt, że połowę grupy widziałem
dziś rano jadąc autobusem. Te pełne rozpaczy głosy, szepczące
między sobą, jaki to trudny materiał i ile to tego tam było, a
tak naprawdę wystarczyło tylko poświęcić te parę minut dziennie
na przyswojenie dziennej dawki materiału. W moim przypadku to co
prawda nie była kwestia kilku minut, a kilku godzin dziennie, ale
efekt powinien być taki sam. Racja? Racja. To po co tyle skamleć? A
zresztą, pytania od tej babki zawsze były proste, więcej stresu
jak to wszystko warte.
Przechodząc korytarzem, minąłem
grupkę dziewczyn, które wyraźnie coś przeżywały, zatem
nadstawiłem uszu, by co nieco usłyszeć.
- Mówiłam ci, że on jest jakiś
niebezpieczny.- Ten facet wyglądał, jak jakiś mafiozo.
- A ten jego ochroniarz..? Kupa mięśni...
Zaraz, zaraz, moment, co? Mafia,
ochrona, niebezpiecznie wyglądający facet... dlaczego miałem
wrażenie, że te panienki mówią o moim towarzyszu z sali
egzaminacyjnej? Zszedłem dwa piętra w dół i wychyliłem się
przez okno, skąd też właśnie zobaczyłem mężczyznę w ciemnym
garniturze, wsiadającego do czarnego samochodu, którego wcześniej
nie było na podjeździe. Niby nic specjalnego: czarny, błyszczący
i czysty, ta cała puszka rudego nerwosola wyglądała mimo wszystko
na dużo bardziej zadbaną i po prostu na ładniejszą. A skoro już
o Amebie mowa, to właśnie z fajką ktoś tu stanął pod oknem.
Może celowo chciał mi nadymić prosto w nos? Cholera go wie, był
dziwny.
- Znowu się pakujesz w kłopoty? -
zagadałem, opierając głowę na ręce. Jak śmiesznie było sobie
tak na niego z góry popatrzeć, zwłaszcza kiedy tak nerwowo
zarzucił głową, jakby szukając, z którego miejsca wyskoczyłem
tym razem.
- Nie twój interes, wiesz? -
warknął, przytykając fajkę do ust. Ale on będzie śmierdzieć..
- Już mój, jak coś ci się stanie
będę świadkiem w sądzie.
- Mnie się nigdy nie dzieje nic
złego, chociaż czekaj... przytrafiłeś mi się ty...
- Teraz już będzie tylko gorzej.
- Wierzę ci na słowo.
- Więc przyda ci się świadek. Kto
to był?
- Powiedzmy, że mój menadżer.
- Chcesz mi wmówić, że bawisz sie
w gwiazdę?
- Powiedzmy, że w pewnych kręgach
owszem.
- Jak tajemniczo, nieprawdopodobne.
- To zwyczajnie coś, co takich jak
ty nie powinno interesować.
- Takich jak ja?
- Grzecznych kurdupli.
Uśmiech na jego ustach sprawił, że
fuknąłem z irytacji. Co za dupek. Mieć dziesięć czy tam
piętnaście centymetrów mniej i już się dopieprzył do mojego
wzrostu. Irytujący... ale ciągnąłem rozmowę dalej, nie wiem po
co.
- Tych mniej grzecznych musi mieć
ktoś na oku.
Też byłam pod wrażeniem że coś tam nabazgrał. Ale oni sobie cisną, to słodkie. :3
OdpowiedzUsuńNie wiem, co nabazgrał płomyczek, ale jestem pod wrażenie że w ogóle coś xD Pozostaje tylko nadzieja, że faktycznie strzelił w temat. Juleczek jest mimo wszystko kochany, że tak ratuje naszemu dresowi tyłek :D Te ich przekomarzanki są urocze.
OdpowiedzUsuń